czwartek, 17 marzec 2011 21:29

List do Zgromadzenia z 29.03.2006 r. - po powrocie z Filipin

Wizyta u sióstr w Tagaytay

Tagaytay - Rzym, 29 marca 2006


Kochane Siostry,
sądzę, że w najbliższym czasie trudno będzie przygotować następny numer Szarego Posłańca, dlatego też pragnę tą drogą opowiedzieć Siostrom o podróży na Filipiny. Wspólnota w Tagaytay to nasze najmłodsze "dziecko", należy im się więc szczególna uwaga i troska.


Byłyśmy u Sióstr z s. przeł. Franciszką Sagun (wspólnota w Tagaytay należy do centrum włoskiego) w dniach od 15 do 23 marca br. Podróż jest zawsze długa, trwa ponad 20 godzin. Tym razem leciałyśmy liniami arabskimi Emirates z Rzymu do Dubai na Półwyspie Arabskim, a następnie, po 3-godzinnym oczekiwaniu, z Dubai do Manili. Powrotna droga była dokładnie taka sama. W tamtą stronę dzień wydłuża się o 7 godzin, a w powrotnej drodze po prostu skraca o tyle samo godzin, tak, że tzw. zegar biologiczny traci w człowieku całkowicie orientację. Podróż była dobra; obsługa grzeczna i gotowa do pomocy. Dubai leży na cypelku Zatoki Arabskiej, podobno jest pięknym, nowoczesnym miastem, ale dla nas był tylko morzem świateł, gdy samolot podchodził do lądowania, i wygodnym, nawet bogato zaopatrzonym lotniskiem w czasie oczekiwania. Wszędzie, oczywiście, przechodziliśmy przez liczne i ostre kontrole (nawet osobiste) ze względu na lęk przed terrorystami.

W Manili czekała na nas s. Margherita Tiburzi z panem Galangiem (zaprzyjaźnionym inżynierem) i jego samochodem pojechaliśmy z lotniska do domu. Trzeba dodać, że po zimowej aurze w Warszawie i zimnie w Rzymie przy wyjściu z samolotu w Manili miało się takie sensacje, jakie się ma (prawdopodobnie) przy wejściu do rozgrzanego pieca. Filipiny są krajem tropikalnym, a teraz już w zasadzie zaczyna się tam lato. Podróż do domu trwała jeszcze około dwóch godzin przez miasta i miasteczka, które się nie kończą; jedno następuje niemal natychmiast po drugim, jak w Argentynie, w okolicach wielkiego Buenos Aires. Tagaytay różni się jednak od Manili mniej nowoczesnym budownictwem, a przede wszystkim tym, że leży na wzgórzach i jest tu po prostu chłodniej.

Przed naszym domem czekały na nas s. Rosa Nita (Brazylijka) i s. Wioletta (Polka) oraz pięć sióstr Filipinek (4 kandydatki i 1 postulantka). Czekała też nasza wierna przyjaciółka i obrończyni Lena (japoński pies, którego otrzymałyśmy na początku pobytu), pokazująca dumnie swe niedawno urodzone szczeniaki. Radości i powitań było dużo i zaraz poszłyśmy do kaplicy (pięknej!), aby podziękować Bogu za udaną podróż i spotkanie z Siostrami. Z kaplicy pobiegłyśmy obejrzeć nowy dom (też piękny!). Potem jeszcze kolacja i bardzo szybko zakończyłyśmy dzień, idąc po prostu spać. Zmęczenie podróżą sprawiło, że spałyśmy nieźle mimo przesunięcia wewnętrznego zegara o 7 godzin (godz. 20.00 w Manili to dopiero godz. 13.00 w Europie).

Następne dni, w sumie osiem, spędziłyśmy z Siostrami, uczestnicząc w ich codziennym życiu, rozmawiając indywidualnie i z całą wspólnotą, słuchając opowieści Sióstr o ich życiu, o wydarzeniach, o kraju, o pracy apostolskiej. Miałyśmy możność zobaczenia, jak bardzo są Siostry otoczone życzliwością i sympatią ludzi. Miałyśmy niemal każdego dnia wizyty zaprzyjaźnionych wspólnot zakonnych (jest ich w Tagaytay około 60). Codziennie, dzięki uprzejmości znajomych księży, miałyśmy Mszę św. w naszej kaplicy. Zwykle Siostry chodzą lub jeżdżą do innych kaplic. Ostatniego dnia przyjechał z Mszą św. miejscowy ksiądz biskup.

Odwiedziłyśmy też sąsiednie miasto, Mabuhay, gdzie w ubiegłym roku s. Rosa z dwiema postulantkami pomagała w pracy w miejscowym kościele (właściwie w jednej z siedmiu kaplic w dzielnicy Paliparan). Siostry starają się bowiem włączyć w różnego rodzaju duszpasterstwa parafialne i diecezjalne, jak choćby duszpasterstwo więźniów w Imus. Pomocą i kierownikiem w tych sprawach jest ks. biskup miejscowej diecezji Luis Antonio Tagle. Być może od nowego roku będziemy miały w Mabuhay jakieś mieszkanie, aby można było zorganizować różne formy pracy z dziećmi i młodzieżą.

Siostry wchodzą ładnie w środowisko, podejmując prace typowe dla naszego charyzmatu: katechezę, pracę z dziećmi i młodzieżą, adopcje na odległość (dzięki przyjaciołom z Italii), pracę z rodzinami. Wielką pomocą są w tym dla nas filipińskie powołania: Michelle, Marife, Arcelia, Mary Ann i Honeymae. W sobotę 18 marca miałam z nimi dzień skupienia, a następnego dnia, w niedzielę, zostały przyjęte do postulatu, tak więc razem z Michelle mamy na Filipinach 5 postulantek. To prawdziwa radość! Nie chciałabym nikogo przechwalić, ale robią bardzo dobre wrażenie. Zachęcałam je do nawiązania kontaktu z postulantkami z innych naszych wspólnot. Mówią, poza swym rodzimym językiem tagalskim (tagalog), po angielsku.

Punktem kulminacyjnym naszych spotkań był dzień 22 marca - poświęcenie nowego domu formacyjnego. Jak Siostry pamiętają, trzy lata temu kupiłyśmy dom rodzinny w dzielnicy Mapim. Został on trochę odremontowany i przystosowany do naszych potrzeb. W sumie ma 4 sypialnie, dwie łazienki, kuchnię i refektarz razem, a z obszernego salonu została zrobiona kaplica i niewielki pokój przyjęć. Rok później dokupiłyśmy następną działkę koło naszego domu o powierzchni 600 metrów kwadratowych. Była ogromnie zapuszczona, ale Siostry z pomocą przyjaciół uporządkowały ją. Przyjście kandydatek postawiło przed nami pytanie, gdzie mają mieszkać? Dlatego też podjęłyśmy decyzję o wybudowaniu drugiego domu na zakupionej działce. Dom powstał. Budowała go ekipa miejscowych pracowników ze wspólnoty fokolarinów. I ten właśnie dom, pięknie wykończony na nasz przyjazd, miał być uroczyście poświęcony.

Dom jest piętrowy, świetnie wkomponowany w całość posiadłości. Ma kilka pomieszczeń na górze (pokoje z przeznaczeniem dla młodzieży zakonnej, biblioteka, pokój gościnny) i dobrze przemyślane pomieszczenia na dole, które mogą służyć na spotkania większych grup. Jest też osobne wyjście z ogrodu, tak że grupy nie muszą przechodzić przez stary dom. Wokół obu domów Siostry - przede wszystkim s. Margherita - urządziły piękny ogród: przestrzeń z zasianą trawą, piękne skalniaki i dużo kolorowych krzewów i kwiatów, w tym, oczywiście, orchidee (jest tu podobno 1000 różnych odmian tych kwiatów). W jednym z zakątków zostały umieszczone symbole naszej duchowości: Serce Jezusowe, które obmywane jest przez strumyk, napis I thirst (Pragnę), kamienna mapa świata z zaznaczeniem miejsc, w których jesteśmy, i to wszystko odsyłające do pięknej figury naszej Matki Założycielki z dziewczynką (modelką była jedna z dziewcząt z okolicy).

Uroczystość zaczęła się o godz. 15.30. Najpierw ksiądz biskup poświęcił figurę Matki Założycielki, a ja ją odsłoniłam. Potem została przecięta wstęga, zamykająca wejście do nowego domu, i poświęcone wszystkie pomieszczenia w nim. Następnym punktem uroczystości był program artystyczny, ukazujący podstawowe cechy naszej duchowości, wyrażone słowami, śpiewem i tańcem. Aktorami była młodzież z Mabuhay, a reżyserowały s. Rosa i postulantki. To było piękne i bardzo dobrze oddające to, co zasadnicze w naszym charyzmacie. Mszę św. koncelebrował ksiądz biskup z 14 kapłanami. Po Mszy - część towarzyska, to znaczy po prostu kolacja na zasadzie stołu szwedzkiego, przygotowanego przez znajomą firmę. To właśnie ta firma obliczyła, że było ponad 350 osób: zakony, księża z parafii, przyjaciele, sąsiedzi z Tagaytay i ludzie z Mabuhay, rodziny naszych dzieci, objętych adopcją na odległość... Wszyscy razem. Uroczystość zakończyła się już po zmierzchu. Byłyśmy naprawdę wzruszone objawami życzliwości i sympatii i tak licznie przybyłymi gośćmi. Przeczytałyśmy też listy z życzeniami na ten dzień, nadesłane przez Siostry z Polski i z Italii.

Następnego dnia rano przyjechał jeszcze ksiądz biskup, aby odprawić Mszę świętą i pożegnać się z nami. Resztę przedpołudnia zajęło nam zebranie rady domowej (tj. sióstr profesek), w czasie którego podsumowałyśmy miniony okres i próbowałyśmy ustalić program na następne miesiące i może lata. Dyskusja była bardzo dobra, twórcza i przepełniona nadzieją. Prawdziwie: Panu Bogu niech będą dzięki!

W tych dniach przyjedzie do Europy s. Wioletta na dwumiesięczny odpoczynek. Ufam, że tam, gdzie będzie, dopełni wiadomości o Filipinach. W Italii jest również s. Carmem Donida z Brazylii. Będzie się przez jakiś czas opiekowała ks. Onesto Costa, naszym wielkim przyjacielem i dobroczyńcą, byłym proboszczem w Primavera. Ks. Onesto jest bardzo chory i bardzo potrzebuje opieki.

Po powrocie z Filipin tu, w Rzymie, uczestniczyłyśmy w wydarzeniach związanych z konsystorzem. Zaraz po powrocie, zgodnie z tutejszą tradycją, pojechałyśmy po południu do Watykanu, aby złożyć życzenia i wyrazy szacunku dwóm kardynałom: ks. kard. Stanisławowi Dziwiszowi i naszemu "szefowi" - ks. kard. Francowi Rode, prefektowi Kongregacji ds. Instytutów Życia Konsekrowanego. Takie homagium odbywa się w salach pałacu apostolskiego, więc przy okazji można było popatrzeć na pięknie zdobione sale, świadectwo wieków. Ks. kard. St. Dziwisz był dosłownie oblężony. Trzeba było długo czekać, aby złożyć życzenia. Następnego dnia była na placu św. Piotra Msza św. koncelebrowana przez Benedykta XVI z nowo mianowanymi kardynałami. W czasie Mszy św. Ojciec Święty wręczył kardynałom pierścienie. Byłyśmy na tej Mszy w licznej grupie ze wszystkich domów rzymskich. Wieczorem natomiast - na kolacji, wydanej przez księdza kardynała w pomieszczeniach ofiarowanych przez zakonników z Legionu Chrystusa. Była to też okazja do licznych spotkań z Polonią rzymską i z osobami z Polski.

Resztę czasu, bardzo intensywnie zagospodarowanego, poświęciłam na odwiedzenie domów rzymskich, rozmowy z siostrami, szczególnie w sprawach personalnych, odwiedziny w Kongregacji i załatwianie spraw, związanych z Konferencją Wyższych Przełożonych. Jadę do Warszawy 31 marca. A potem - sprawy polskie.

Kochane, za kilka dni mija pierwsza rocznica odejścia do Domu Ojca umiłowanego Papieża Jana Pawła II. Powracają w pamięci i sercu dni tak intensywnego towarzyszenia Papieżowi w Jego ostatniej drodze. Jestem przekonana, że we wszystkich naszych domach będziemy łączyły się z miejscowymi środowiskami i z całym Kościołem, a nawet światem, w serdecznej modlitwie wdzięczności za ten wyjątkowy Pontyfikat i z prośbą o rychłą beatyfikację. Zaraz po powrocie do Polski wybieram się do Krakowa na uroczystą sesję Trybunału Rogatoryjnego w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym Sługi Bożego Jana Pawła II, kończącą przesłuchania świadków w Krakowie. Jakie wielkie rzeczy dane jest nam oglądać w czasach, w których żyjemy... Jednocześnie musimy bardzo dbać o to, aby dziedzictwo tego Wielkiego Pontyfikatu "pracowało w nas" i przenikało nasze życie.

Jeśli Pan Bóg pozwoli, święta Wielkiej Nocy pragnę przeżyć ze wspólnotą pniewską, a dziś serdecznie Siostry pozdrawiam -

m. Jolanta Olech
Czytany 1575 razy Ostatnio zmieniany środa, 17 luty 2016 09:49