czwartek, 17 marzec 2011 23:02

List do Zgromadzenia z 5 XII 2006 - po powrocie z Tanzanii

Warszawa, 5 grudnia 2006

Tanzania

Kochane Siostry,

Chciałabym w tym liście napisać Siostrom o podróży do Tanzanii, którą odbyłyśmy z s. Gulią Esposito w dniach od 30 października do 20 listopada tego roku, i o spotkaniach z tamtejszymi Siostrami.

Przed tym wyjazdem, jak Siostry pamiętają, miałyśmy w Rzymie zebranie rady generalnej, poszerzonej o przełożone z krajów europejskich. Jednym z tematów rady były sprawy personalne właśnie w Afryce i w Ameryce Południowej, gdzie rok szkolny dobiega końca i Siostry szykują się do inicjatyw wakacyjnych. Omawiałyśmy też przygotowanie Zgromadzenia do XV Kapituły Generalnej (termin, wybory delegatek, przygotowanie duchowe), ale o tym napiszę Siostrom we właściwym czasie. Po powrocie natomiast odwiedziłam domy w Italii, szczególnie Scauri i Isernię, oraz w urzędach Stolicy Apostolskiej załatwiałam sprawy zgromadzeniowe (m.in. zatwierdzenie tekstów liturgicznych o św. Urszuli Ledóchowskiej) i Konferencji Przełożonych Wyższych. Ostatniego dnia listopada przyjechałam do Warszawy.

Do Tanzanii tym razem leciałyśmy wynalezionymi przez s. Giulię etiopskimi liniami lotniczymi z Rzymu do Addis Abeby i stamtąd do Kilimandżaro. Oznaczało to dużo krótszy czas przelotu (Swissairem leciałyśmy zwykle ok. 12-14 godz., tu tylko 7!) i odpowiedni od początku klimat. Samolot był pełniuteńki wszelkich odcieni skóry, od białej (byliśmy w mniejszości), poprzez kawę z mlekiem, brązy, do czarniuteńkiej. Addis Abeba bowiem służy teraz jako port pośredni dla wielu podróżujących do Afryki i na Półwysep Arabski. W Addis Abebie czekałyśmy trzy godziny i potem już szybko, po dwugodzinnym locie, wylądowałyśmy na lotnisku Kilimandżaro u podnóża sławnej góry.

Tanzania
Czekali na nas s. Rita i Alessandro (wolontariusz z Włoch, pomagający nam w pracy) i po radosnych powitaniach ruszyliśmy w drogę do domu. Tutaj muszę dodać, że tych "domów" namnożyło się po ostatniej mojej bytności i dlatego też plan podróży był tak opracowany, aby odwiedzić wszystkie i zmieścić się w wyznaczonym czasie. Już początek podróży pokazał zupełnie inne widoki niż te, do których byłyśmy przyzwyczajone. Majestatyczna góra, z leżącymi na niej wiecznymi śniegami, była otoczona wspaniałą tropikalną roślinnością i uprawnymi polami. Dzień był raczej deszczowy i co jakiś czas górę spowijały gęste mgły, ale od czasu do czasu ukazywała swój majestat (szczególnie po południu i nocą).

Pierwszym etapem podróży była miejscowość leżąca na zboczach góry, na wysokości ok. 1000 m n.p.m., o nazwie Mweka (czyta się: Młeka), odległa o kilkanaście kilometrów od jednego z głównych miast Tanzanii - Moshi. Pan Cosmo z Moshi, brat jednej z naszych Sióstr, przejęty troską o dzieci, postanowił wybudować centrum wychowawcze, w którym byłyby szkoły, od przedszkola po szkołę średnią, a nawet - jeśli Pan Bóg pozwoli - dom dla dzieci opuszczonych. Zaprosił nas do współpracy, przygotowując dla nas dom i niewielką działkę i prosząc o objęcie, na razie, przedszkola. Przyjęłyśmy tę propozycję i za zgodą miejscowego biskupa rozpoczęłyśmy pracę 30 listopada 2005 roku. Podczas odwiedzin w Mweka spotkałyśmy się z dziećmi przedszkolnymi, które przygotowały dla nas wspaniałe karibuni (powitanie) i przysłuchiwałyśmy się lekcji, prowadzonej z wielką swobodą przez jedno z dzieci. Spotkałam się też z Siostrami pracującymi w tym domu. Moja wizyta w Tanzanii miała także charakter wizytacji, choć nietypowej ze względu na język. Przy pomocy tłumaczy jakoś sobie radziłyśmy.

Już pierwszego dnia przyjechali z wizytą p. Cosmo z żoną i dziećmi, a następnego dnia uroczy rodzice s. Grace. Zaprzyjaźniony ksiądz pokazał nam parafię i seminarium duchowne, znajdujące się kilka kilometrów od nas. Dzięki temu Siostry kilka razy w tygodniu mają Mszę św. w swej kaplicy. Teren, na którym mieszkamy, jest bardzo urodzajny i obfity w wodę, spływającą z góry (my też mamy prywatny strumyk!), jest więc już piękny ogródek, pełen kwiatów i jarzyn. Dookoła nas wiele tysięcy hektarów zajmują plantacje kawy.

Tanzania
Następną podróż (z nocnym powrotem do Mweki) odbyłyśmy do najmłodszego w Tanzanii domu, istniejącego od 15 sierpnia 2006 roku, znajdującego się w Rombo - po drugiej stronie góry Kilimandżaro. Odległość jest niewielka, ok. 40 km, ale droga pod górę tak uciążliwa i trudna, że zajęła nam ponad dwie godziny. Stąd także, podobno, widać Kilimandżaro, ale z powodu pochmurnego dnia nie dostąpiłyśmy tego zaszczytu.

Tanzania
Mamy tu ośrodek dla dzieci porzuconych (zupełnie nowa sytuacja w Tanzanii), zbudowany przez majętnego Tanzańczyka z Moshi, który pragnie zaopiekować się sierotami społecznymi. Cały obiekt jest pomyślany bardzo sensownie: kilka domów dla dzieci (łącznie dla ok. 140), zaplecze gospodarcze, przedszkole, przychodnia lekarska, dom dla personelu medycznego i dom dla Sióstr. W chwili obecnej jest kilka Sióstr, lekarze (para Holendrów), personel pielęgniarski i wychowawczy oraz pomocniczy. Zadaniem Sióstr jest koordynowanie pracy. Na razie dzieci jest mało, tylko ósemka, a każde z nich z tragiczną historią. Ostatnio dwumiesięczna dziewczynka została przywieziona przez policję, ponieważ znaleziono ją po prostu na ulicy, zapewne pozostawioną przez matkę. Dziecko z trudem odratowano. Mamy też czteroletnich bliźniaków, nieodłącznych, osieroconych, zarażonych chorobą AIDS. Właściciel ośrodka chętnie oddałby nam całość, ale nie czujemy się na razie na siłach, aby przejąć wszystko. Trzeba jeszcze poczekać.

Zakończeniem pobytu w tej pięknej części Tanzanii była wizyta u ordynariusza diecezji w Moshi ks. bpa Amedeusa Msarikie, który wyraził radość z obecności Sióstr w jego diecezji i nadzieję na ich dobrą i owocną pracę. My natomiast podziękowałyśmy za przyjęcie do diecezji.

3 listopada ruszyliśmy dalej. W miarę oddalania się od Moshi zmieniał się też krajobraz z pełnego zieleni i różnorodności, na płaski, wysuszony (to koniec pory suchej i oczekiwanie na deszcz) i monotonny w swej szarości. Przejechaliśmy przez tzw. stepy Masajów, widzieliśmy ich osady, złożone z okrągłych, lepionych z gliny domków, przy których widać było trochę pasących się zwierząt (krowy, owce), najczęściej pod opieką dzieci, także osły, a nawet wielbłądy. Potem skończył się asfalt i zaczęła minipustynia: wysuszone pola, baobaby i wielkie parasole typowego tutaj drzewa, które Pan Bóg dał ludziom w Afryce, aby mogli schronić się w cieniu. No i wszędzie kurz, który zmyje dopiero oczekiwany deszcz. Zatrzymaliśmy się na godzinę w naszym nowym, istniejącym od lipca 2006 roku, domu w Singidzie. Siostry kupiły tu mały domek niedaleko kurii biskupiej, aby służył w czasie pobytów w Singidzie (to nasze "wojewódzkie" miasto) i podróży na północ. Są tu teraz dwie Siostry, ale pewnie będzie ich więcej, ponieważ Singida daje też możliwość kończenia szkoły średniej i pracy w parafii. Domek, bardzo skromny, został przystosowany do naszych potrzeb, a Siostry zdążyły już założyć ogród. Tutaj rozpoczęłyśmy dość liczną tym razem serię sadzenia drzewek na pamiątkę pobytu.

Po wieczór, ale jeszcze przy świetle dziennym, dojechaliśmy do Mkiwa. Część podróży z Singidy mieliśmy już bardzo dobrą, zrobiono bowiem ponad 20 km pięknej, asfaltowej drogi. Dla przypomnienia dodam, że w Roku Jubileuszowym 2000 Tanzania znalazła się wśród krajów, którym darowano dług zagraniczny, pod warunkiem jednak, że pieniądze przeznaczone na spłatę długu zostaną zainwestowane w budowę dróg, szkół i szpitali. Tutaj widać, że wzięto to na serio. Drogę budują dwie firmy zagraniczne, chińska i japońska.

W Mkiwa już na głównej drodze czekały na nas poczty honorowe (dzieci, młodzież, kobiety ze wsi, a nawet nasz stróż, ubrany jak żołnierz, i dwaj policjanci), które przy dźwiękach bębnów i piszczałek podprowadziły samochód do naszej bramy. Tam czekały Siostry, wśród nich s. Incoronata i s. Mary, które powitały nas chlebem i solą i wręczyły ogromny kosz owoców z naszego ogrodu. Tak obdarowani, poszliśmy do kaplicy, aby podziękować Bogu za szczęśliwą podróż i za wielkie rzeczy, które czyni nam i z nami na tej ziemi.

Tanzania
W naszym głównym domu w Mkiwa mieszka obecnie ok. 80 osób, z kandydatkami i postulantkami włącznie. W zasadzie nie ma wielkich zmian, jeśli chodzi o pracę. Siostry prowadzą przedszkole (ok. 140 dzieci), jedna z Sióstr pracuje w miejscowej szkole jako nauczycielka, działa nadal przychodnia. W czasie naszej obecności była kontrola dzieci urodzonych w ostatnim roku (mierzenie, ważenie, sprawdzanie rozwoju...). Urodziła się też dwójka dzieci. Przychodziło sporo ludzi z prośbą o leczenie. Ostatnie dwa lata były bardzo trudne, ponieważ było mało deszczu i ludzie cierpią głód. Siostry dają codziennie obiad dzieciom ze szkoły, mającym zbyt daleko, aby w czasie południowej przerwy pójść do domu. Codziennie też przychodzi na obiad grupa staruszek. Ponadto, jak poprzednio, prowadzą naukę szycia dla kobiet i kilka stowarzyszeń dla młodzieży. Raz w tygodniu młodzież może przyjść do nas "do kina" (filmy z kaset, oglądane na ekranie telewizora). Działa jeszcze nasz mały młyn i przychodzi do niego sporo ludzi, ponieważ miejscowy jest popsuty. Ponadto trzeba utrzymać w porządku ogród warzywny i sad owocowy (papaje, banany i inne owoce tropikalne), hektary pola, zadbać o krowę (dużą, europejską), o blisko 90 świń (hodowanych dla siebie i na sprzedaż) i spore stado kóz, owiec i baranów (nie wspominam o gromadzie psów, strzegących posiadłości, zwłaszcza w nocy). Wspólnota ma co robić! Każda grupa ma w tym dziele swój przydział i swoją odpowiedzialną. Nowicjat rozpoczęło w tym roku 14 postulantek i razem z nowicjatem drugiego roku stanowią dużą grupę pod opieką s. Mary. Profeski wieczyste (jest ich już ponad 40) i juniorystki w zasadzie pracują już w innych domach. Całość jest otoczona kwiatami, z daleka widać więc kolorową, pogodną osadę. Prawdziwie pustynia (a raczej sawanna) zakwitła.

Tanzania
Została już zakończona budowa domów na terenie Mkiwa (jest ich w sumie 14!) i teraz niemal wszyscy mają przyzwoite i wygodne, choć bardzo skromne miejsce. Jest też dom dla gości, zamieszkały w tym momencie tylko przez Alessandra.

Tanzania
W Mkiwa nie obyło się bez karibuni Sióstr i kilku spotkań problemowych oraz niektórych rozmów osobistych. Siostry były też zainteresowane wiadomościami z całego Zgromadzenia. Okazało się (mimo że o tym wiedziałam, jakoś sobie wcześniej tego nie uświadamiałam), że mamy już w tej chwili siódemkę Sióstr (najmłodsze to nowicjuszki), które pochodzą z Kenii i pragną, aby Zgromadzenie podjęło tam pracę... Miałyśmy także zebranie rady centrum, aby omówić sprawy bieżące, przekazać wiadomości z zebrania rady generalnej i zaplanować różne inicjatywy. Uczestniczyłyśmy w życiu domu, w modlitwach wspólnych, w adoracji Najświętszego Sakramentu, którą Siostry mają cztery razy w tygodniu i podczas której mogą przyjąć Komunię św. Kilkakrotnie przyjeżdżali zaprzyjaźnieni księża i miałyśmy wtedy Mszę św.

Życie jednak ma swoje strony mniej radosne. Musiałyśmy się rozstać po 15 latach pracy z Barutim, naszym kierowcą, o którym wielokrotnie pisałam. Okazał się w ostatnich latach nieuczciwy i musiał odejść. Na razie Alessandro, który obiecał zostać tutaj na rok, służy, gdy trzeba, jako kierowca. Alessandro jest Włochem, inżynierem z wykształcenia, ma 36 lat i od kilku lat jest bratem w III zakonie dominikańskim. Przyjechał do Tanzanii jako wolontariusz, pracował dwa lata w szpitalu w Itigi, a teraz jest u nas. Dobry, szlachetny człowiek.

Dom w Mkiwa pozostaje naszym pierwszym i centralnym domem. Tutaj nadal mieszka s. Rita, czuwając nad całością. Tutaj odbywają się wszystkie większe spotkania, uroczystości zakonne i świętowanie rocznic. Styl życia pozostaje prawdziwie prosty i skromny, zarówno w mieszkaniu, jak i w jedzeniu. Jedyną oznaką zmian jest elektryczność "publiczna", a nie z własnego transformatora. I choć często po prostu nie ma światła, to jednak dystans cywilizacyjny uległ znacznemu skróceniu. Mamy też dostęp do internetu poprzez antenę satelitarną i łączność między domami przez telefony komórkowe. Daje to duże poczucie bezpieczeństwa i skraca odległości.

Tanzania
Wracając z Diagwa i Singidy mieliśmy przygodę: po prostu przebiliśmy oponę w samochodzie. Zbliżał się już wieczór, do domu daleko, zmartwiliśmy się. Ale Alessandro bardzo szybko założył zapasowe koło, tyle że po kilkudziesięciu metrach to koło okazało się niesprawne i nie można było jechać dalej. Zatrzymaliśmy jakiś samochód, którego pasażerowie bardzo uprzejmie obiecali podwieźć s. Mary do najbliższego wulkanizatora. Zrobili to, tyle że wulkanizator nie miał zapasowych kół i obiecał przyjechać do nas. S. Mary pojechała jeszcze raz i przywiozła dwóch młodych ludzi. Okazało się, że umieją kleić, ale opony rowerowe, a tu nawet nie potrafili zdjąć opony. Na szczęście udało się zatelefonować do szpitala w Itigi i tamtejsi kierowcy przywieźli zapasowe koło. Przed 21.00 byliśmy w domu.

W Mkiwa byłyśmy przez tydzień, wyjeżdżając jednak do pobliskich domów. Już następnego dnia pojechaliśmy do Issuny. Także i tutaj otrzymałyśmy odpowiednie karibuni i zasadziłyśmy drzewka. To nasz "stary" dom z trzyletnią szkołą krawiecką i internatem dla uczennic. Szkoła zdobyła już sobie dobrą pozycję, a więc i uczniów jest więcej. W tym okresie nie można było zobaczyć szkoły w całej jej wspaniałości, ponieważ kończył się rok szkolny i część młodzieży wróciła już do domu. Szkoła powoli się rozbudowuje. Przybył nowy dom, przeznaczony na internat dla uczennic, i trzeba było na polecenie władz oświatowych dobudować jeszcze jedną salę lekcyjną. Cała wspólnota Sióstr jest w zasadzie zaangażowana w prowadzenie szkoły. Spodziewamy się niedługo doprowadzić światło do budynków szkolnych. Znajomi Alessandra w Italii zebrali odpowiednią sumę pieniędzy na zakup transformatora. Pozostaje jednak nierozwiązany problem wody.

Tanzania
Następny wyjazd - przez Singidę do domu w Diagwa. Podjęłyśmy tutaj pracę na prośbę biskupa z Singidy w końcu grudnia 2005 roku. Docelowo będziemy miały dom i przedszkole blisko budowanego przez diecezję małego seminarium. Ksiądz biskup chciałby stworzyć w ten sposób ośrodek wychowawczy dla chłopców. Na razie mamy dwa skromne pokoje w pomieszczeniach parafialnych i dużą salę dla 80 dzieci przedszkolnych. Miejscowość jest dość duża, ma swoją parafię i obecnego na miejscu księdza, ale droga do niej jest dość trudna. Może się to w przyszłości poprawi. Pracują tu cztery Siostry i sądząc po ich minach, dobrze się tu wiedzie. Ufamy, że za dwa-trzy miesiące będą mogły przejść do nowego domu. Ksiądz biskup jest bardzo z Sióstr zadowolony i jedynym kłopotem jest to, że prosi o więcej...

W środę 8 listopada pojechaliśmy z Mkiwa do Itigi. Najpierw do "starej" wspólnoty, pracującej w szpitalu misyjnym. Okazało się, że biedna s. Incoronata po powrocie w niedzielę wieczorem z Mkiwa potknęła się i skręciła (lub złamała) nogę. Nie można było nic stwierdzić z powodu nieobecności odpowiedniego lekarza, a noga była obolała i spuchnięta (po powrocie lekarz zaordynował 4 tygodnie gipsu). Pozostałyśmy z Siostrami kilka godzin. Odwiedziłyśmy szpital i niektóre działy, w których Siostry są zaangażowane. Jest ich obecnie pięć i pracują w obsłudze sanitarnej (pielęgniarka) i administracyjnej. Miałam z Siostrami spotkanie, a po południu przeniosłyśmy się do nowej wspólnoty w Itigi-Hostel. Hostel oddano do użytku w listopadzie 2005 roku. Jest to internat dla dziewcząt, uczących się w Itigi. Jest obliczony na 30 miejsc. Na razie mieszka w nim 13 dziewcząt i liczymy na nabór w nowym roku szkolnym, który rozpocznie się w styczniu. W hostelu pracują cztery Siostry. Dom jest już prawie wykończony i zagospodarowany. Tutaj także miałam spotkanie z Siostrami i karibuni w wykonaniu dziewcząt, a poza tym dokładnie obejrzałyśmy teren (też już zagospodarowany).

W piątek przyjechała z chorą nogą s. Incoronata, tak więc sobotę mogłyśmy poświęcić na zebranie rady centrum. S. Giulia natomiast pojechała do Issuny, gdzie odbywało się zakończenie roku szkolnego, rozdanie świadectw i konkurs mody, przygotowany przez tegorocznych absolwentów. Była tam jako gość honorowy, musiała więc przemawiać i w imieniu Zgromadzenia wyraziła radość z rozwoju szkoły.

Ostatni etap podróży rozpoczął się wczesnym rankiem w środę, 15 listopada, jeszcze przed świtem. Po drodze wstąpiliśmy na kilka godzin do Sukamaheli - wioski, w której Siostry od czterech lat opiekują się osobami, które były chore na trąd. Niewiele się zmieniło od mojej poprzedniej wizyty. Jedna z Sióstr nadal pracuje w szkole, druga w przedszkolu, a dwie pozostałe troszczą się o mieszkańców wioski i o miejscową kaplicę. Kaplica należy do parafii w Itigi, ale ksiądz przyjeżdża raz na kilka tygodni. Byłyśmy dość wcześnie, lecz udało się zrealizować cały program (karibuni, spotkanie z Siostrami) i miałyśmy możność zobaczenia ludzi, którzy przychodzą do Sióstr po pomoc. Oczywiście, wieść o naszym przyjeździe rozeszła się szybko i podwórko napełniło się dziećmi.

Tanzania
Ruszyliśmy w dalszą drogę, aby przed południem dotrzeć do Dodomy - do domu z sierotami po rodzicach zmarłych na AIDS. W domu obliczonym na 20 dzieci jest ich 36... Niemal wszystkie pokoje i miejsca, gdzie można spać, zapełnione. Dzięki Bogu, że jest tu zawsze ciepło, a nawet upalnie, i dzieci mogą spędzać dzień na zewnątrz. Kierowniczką domu jest s. Modesta, która była w Europie, stąd niektóre Siostry ją znają. Cała wspólnota radzi sobie dobrze. Dzieci rosną i wciąż ich przybywa. Część chodzi już do szkoły. Rozwój dzieci wymusił na nas szybką decyzję o budowie drugiego, bliźniaczego domu na tym samym terenie (takie zresztą były pierwotne plany). Budowę finansują sponsorzy z Italii i jest ona już na ukończeniu. Pozwoli to na rozdzielenie chłopców i dziewcząt. Został tu dokupiony kawałek ziemi, aby umożliwić założenie ogrodu, ponieważ dotychczasowy ogród poszedł pod budowę. Dzieci zachwyciły nas! Czekały pięknie ubrane u wylotu ulicy, potem towarzyszyły nam do domu, odśpiewały pięknie karibuni. Były też tańce i orkiestra z bębnami zrobionymi z beczek po oleju napędowym. Wszystkie radosne, ufne, czujące się naprawdę gospodarzami domu. Z radością patrzyłyśmy też na dzieci już nam znane i na ich wyrośnięte sylwetki. Dom utrzymuje się z tzw. adopcji na odległość. Wszystkie dzieci mają we Włoszech takie właśnie rodziny adopcyjne. S. Giulia była więc zajęta głównie robieniem fotografii, aby zawieźć je oczekującym w Italii rodzinom. Po uroczystym obiedzie ruszyliśmy dalej, do Morogoro.

W Morogoro mamy dwie placówki: jedną od 2002 roku przy parafii św. Moniki, druga, stanowiąca naszą własność, powstaje po przeciwnej stronie miasta, w pobliżu rodzącego się uniwersytetu katolickiego. Jest to dom dla 35 osób, pomyślany jako dom studiów dla naszych Sióstr i dla innych osób, które podejmą w przyszłości studia na tamtejszym uniwersytecie.

Przedostatnią podróż odbyliśmy do Kisawasawy, na południe od Morogoro, gdzie obejrzałyśmy parafię, do której zaprasza nas tamtejszy proboszcz. Jest to duża osada i w konsekwencji duża parafia. Miałybyśmy tam do objęcia przedszkole, przychodnię (troskę o nią, personel bowiem już jest) i pomoc w parafii. Być może Siostry pójdą tam już na początku nowego roku kalendarzowego.

Po tej wizycie ruszyliśmy do Dar es-Salaam, a stamtąd w niedzielę 19 listopada po południu w drogę powrotną do Kilimandżaro, Addis Abeby i Rzymu.

Jak Siostry widzą, centrum w Tanzanii kwitnie i w powołania, i we wspólnoty. To prawdziwie Boży dar. Mamy czasem wrażenie, że Bóg nas prowadzi za rękę i sam wybiera miejsca i ludzi, którzy stają się Jego narzędziem, pomagając Siostrom w tym, aby mogły odpowiedzieć na tak liczne prośby o pomoc. Prawdziwie wielkie rzeczy czyni nam Pan i święte jest imię Jego...

Kochane, przede mną korespondencja świąteczna i sprawy bieżące. Pozdrawiam każdą z Sióstr serdecznie. Pamiętam w modlitwie i o pamięć proszę -
m. Jolanta
Czytany 1720 razy Ostatnio zmieniany środa, 17 luty 2016 09:38