Wydrukuj tę stronę
poniedziałek, 09 grudzień 2013 11:53

Filipiny – pomoc poszkodowanym przez tajfun

Nasze siostry z Filipin, Wioletta Sobiesiak i Marife Garlan, opisują, w jaki sposób pod koniec listopada urszulańska wspólnota włączyła się w akcję niesienia pomocy tamtejszej ludności poszkodowanej przez tajfun.

 

W piątek 23 listopada – pisze s. Wioletta – wraz z juniorystkami brałam udział w akcji pomocy poszkodowanym przez tajfun. W 27-osobowej grupie wcześnie rano po Mszy św. pojechaliśmy do Manili do bazy wojskowej, gdzie trwała już od kilku dni ewakuacja ludzi ze zniszczonych wysp. Samoloty wojskowe przywoziły co godzinę ok. 600 osób. Naszym zadaniem było przyjęcie wszystkich i podanie ciepłego posiłku, ponieważ niektórzy od kilku dni nie jedli. Każdy otrzymał wcześniej przygotowaną paczkę żywnościową i darmowy transport do miejsca przeznaczenia. Baza została bardzo dobrze zorganizowana. Ci, którzy mieli jakieś obrażenia ciała, mogli skorzystać z pomocy lekarskiej. Dla dzieci zorganizowano specjalny namiot zabaw, aby umilić im dość długie oczekiwanie na dalszą podróż.

Miałyśmy więc okazję zetknąć się osobiście z ludźmi, którzy przeżyli horror. Tak oni wszyscy opisywali to, co przeżyli. Spotkaliśmy młodą matkę z 6-dniowym dzieckiem, całą w szoku po stracie najbliższych, starsze osoby z poważnymi obrażeniami ciała i infekcją wywołaną zardzewiałymi gwoźdźmi… Młody chłopiec opowiadał, jak stracił rodziców i rodzeństwo, których porwał żywioł. Wszyscy mówili o odorze rozkładających się ciał ludzkich, których nikt nie mógł zidentyfikować...  Spędziłyśmy z tymi ludźmi niezapomniane, poruszające godziny.

Cały czas trwa akcja ewakuacyjna, na wyspy mogą wjeżdżać tylko żołnierze i specjalne grupy ratunkowe. Liczba ofiar śmiertelnych codziennie wzrasta. Unia Przełożonych Wyższych, do której należymy, będzie organizować w styczniu wyprawę na zniszczone wyspy, aby pomóc konkretnym rodzinom w powrocie do życia. Nie tylko zawieźć żywność na kilka dni, ale np. zakupić małą łódkę, żeby sami mogli łowić ryby... Jeśli to będzie możliwe, pragniemy również brać udział w tej wyprawie.

Z listu s. Wioletty Sobiesiak, 27 XI 2013 r.

 

Mam w tej chwili w pamięci – pisze z kolei s. Marife – dwie myśli naszej świętej Matki Urszuli: „Być wrażliwym na znaki czasu” i „wyczuwać potrzebę chwili”.

Cieszę się, że s. Wioletta poprosiła mnie o przyłączenie się do TRA (Tagaytay Religious Association – Stowarzyszenie Zakonic w Tagaytay), żebym była jedną z wolontariuszy w Villamor – Air Base Pasay City-Manila, gdzie przywozi się amerykańskimi helikopterami ocalałych po tajfunie „Yolanda”.

Były zorganizowane różne komitety pomocy ofiarom: medyczny, żywnościowy, ubraniowy, porządkowy i psychologiczny. Dołączyłyśmy do komitetu psychologicznego. Naszym głównym zadaniem jest przyjmowanie nowych ocalałych i rozmowa z nimi, zanim będą przeniesieni dalej.

Słyszałam różne historie, na przykład o 30 osobach pogrzebanych obok ich zniszczonego domu. Jakaś kobieta opowiadała mi, że gdziekolwiek się idzie, można znaleźć ciała zmarłych, a czasem żołnierze nie zauważają ich w zgliszczach, dlatego gdy już znajdują te ciała, nie można ich zidentyfikować i panuje straszny odór. Chowa się ich w tym samym miejscu, w którym się ich znajduje. Wielu ocalałych nie może z powodu takich przeżyć spać ani jeść. Niektórzy mówią, że nie są w stanie mieszkać w tych miejscach, bo wszystko jest tak żywe w pamięci. Niektórzy ludzie są z okolic mniej dotkniętych katastrofą. Inna kobieta była ze mną dłużej i opowiadała mi, że jej matka, jej mąż i troje dzieci pozostali na miejscu, ponieważ matka nie chce opuścić domu. Dzieci mają 6, 3 i 2 lata. Na szczęście żyją, ale są bardzo smutni, ponieważ chcą chodzić do szkoły, a to jest teraz niemożliwe. Nie mają domu, szkoły ani przyborów do nauki. Znalazłam bardzo starą kobietę, której tylko wnuk ocalał. Wnuk mi powiedział, że tylko oni dwoje z rodziny przeżyli, jego rodzice, rodzeństwo, wujkowie i ciocie zginęli. On znalazł swoją babcię w centrum ewakuacyjnym i zabrał ją do Manili. Mają tylko jedną nadzieję – ciocię żyjącą w Antipolo pod Manilą. Obok nich była inna starsza kobieta, ranna. Po rozmowie z pracownikiem socjalnym poproszono mnie, żebym zaprowadziła ją do lekarza. Towarzyszyłam jej i w końcu lekarze dali jej leki i witaminy, po czym zaprowadziłam ją w miejsce, gdzie mogła znaleźć ubranie i jedzenie, a w końcu do punktu, skąd można ją zawieźć dalej, w jakiś inny  rejon. Ta kobieta miała ze sobą dwie córki, bardzo wdzięczne za pomoc, którą otrzymały. Przeżyły, ponieważ podczas tajfunu ukrywały się blisko mostu San Juanico, najdłuższego i najwyższego mostu na Filipinach.

Ja też byłam zaszokowana, ale cieszę się z czasu, który był mi dany, i z tego, że mogłam pocieszyć tych ludzi choćby na chwilę. Pozdrawiam nasze siostry…

Z listu s. Marife Garlan, 23 XI 2013 r.

Czytany 1710 razy