×

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 62.

Wydrukuj tę stronę
czwartek, 17 marzec 2011 19:45

Kronika wizyty w Ameryce Łacińskiej - Boliwia

KRONIKA WIZYTY W AMERYCE ŁACIŃSKIEJ m. Franciszki Sagun i s. Marie-Thérèse Vallet (16 II – 24 III 2009)

 

3. BOLIWIA 18-24 III 2009

18 marca – wyjazd z SAN PEDRO de JUJUY o godz. 6 rano. Poprzedniego dnia wieczorem zadzwonił ksiądz biskup, uprzedzając nas, że jest zapowiedziany na dzisiaj strajk nauczycieli w całej prowincji Jujuy i że począwszy od godz. 8 główne drogi będą zablokowane. Nasz samolot miał odlecieć z SALTA dopiero o godz. 12, lecz w tej sytuacji należało być ostrożnym. Podróż, mimo burzy i ulewy tropikalnej, odbywa się bez trudności. Towarzyszy nam s. Jolanta. Dojeżdżamy przed godz. 8 na lotnisko SALTA, odległe od SAN PEDRO o 100 km. Zaczyna się długie, czterogodzinne czekanie. Wreszcie lecimy do SANTA CRUZ de la SIERRA w Boliwii. Lądowanie – termometr wskazuje 32°C. I znów 5 godzin czekania; zmęczenie daje się już we znaki. O godz. 19 wylatujemy do LA PAZ, stolicy Boliwii, gdzie się znajduje siedziba rządu, ośrodki administracji i kultury. Lądujemy o godz. 20. Miasto leży na wysokości 4000 m, temperatura -7°C. Trzeba iść bardzo wolno, żeby nie zabrakło nam tlenu do oddychania. Na lotnisku czekają s. Anna Klimczak oraz młody ksiądz Aleksy, Polak, rektor seminarium duchownego. I znowu ruszamy w dalszą, 3-godzinną podróż do ORURO, odległego o 200 km od stolicy. Jest zimno, pada deszcz, jesteśmy śpiące, lecz po przybyciu na miejsce radość ze spotkania od razu nas ożywia.

19 marca – zalecenia sióstr, ks. Aleksego oraz tych, którzy doświadczyli tutaj na własnej skórze radykalnej zmiany wysokości i klimatu, są jasne: pierwszego dnia spać, spać, spać, żeby przezwyciężyć to szczególne zmęczenie, zwane „chorobą wysokości” lub chorobą Puna. Puna jest regionem wysokogórskim w Andach (tutaj leży miasto ORURO). Ta choroba występuje już od pierwszego dnia; jej przebieg zależy od konstytucji fizycznej danej osoby. Towarzyszą jej nieraz takie objawy, jak: podwyższona temperatura, nudności, silne bóle głowy, utrata przytomności, zaburzenia jelitowo-żołądkowe. Wskazania: przede wszystkim odpoczynek, herbata z coca lub inne stosowne leki. Te dolegliwości mogą trwać trzy dni lub dłużej. Jeśli chodzi o nas, to po pierwszym dniu byłyśmy już w stanie jako tako funkcjonować.

20 marca – Msza św. w katedrze o godz. 10, następnie nawiedzenie sanktuarium Matki Boskiej SOCAVON, patronki boliwijskich górników. Sanktuarium maryjne zostało wzniesio¬ne na otworze wejścia (socavon) do dawnej kopalni.

Zachodnie Kordyliery – część pasma Andów – na granicy między Boliwią a Chile obfitują w wielką ilość kopalni podziemnych i odkrytych, zwłaszcza kopalni złota (or – znaczy złoto, stąd nazwa miasta ORURO) oraz licznych kopalni srebra, cynku, ołowiu, cyny, wolframu, siarki itp. Górnicy od wieków wydobywają te bogactwa i podobnie jak w czasach panowania Inków, tak i dzisiaj są wyzyskiwani. Obecnie kopalnie są eksploatowane głównie przez kompanie zagraniczne, wypłacające bardzo mało dywidend Boliwii, która jest jednym z najbiedniejszych krajów Ameryki Łacińskiej. Warunki pracy w kopalniach były i nadal są nieludzkie, brak ubezpieczeń społecznych, brak warunków bezpieczeństwa, stąd częste bunty górników w tym kraju.

Po odpoczynku ks. Thomas, wikariusz generalny, zabiera nas samochodem do dzielnicy Aurora, gdzie pracują nasze siostry: Anna Klimczak i Grażyna Małecka. Jedna z tutejszych rodzin przyjmuje nas bardzo serdecznie i uprzejmie. Następnie odwiedzamy małą kaplicę w dzielnicy, leżącej przy północnym wyjeździe z miasta. W drodze powrotnej zwiedzamy miasto samochodem.

ORURO leży na cerro – na górze bocznego łańcucha andyjskiego ALTIPLANO (rozległej wyżyny na wysokości 3700-4000 m). Domy są uczepione zboczy nagiej góry jak zwierzęta. Miasto liczy 220 tys. mieszkańców, w tym 90 procent jest pochodzenia indiańskiego: quechuas lub aymaras. Centrum miasta żywo przypomina hiszpańską epokę kolonialną z okresu odkrycia i kolonizacji tego kontynentu. W miarę oddalania się od centrum widać zmianę stylu – jednakowe domy, zbudowane według urbanistycznych planów rządowych. Trzeba było bowiem dać dach nad głową campesinos [wieśniakom], którzy porzuciwszy swoje ziemie, wyemigrowali do miasta.

21 marca – Msza św. w katedrze o godz. 10, następnie idziemy z księdzem wikariuszem generalnym zobaczyć dom, w którym zamieszkają siostry (na razie mieszkają w kurii biskupiej). Dom jest stosunkowo duży (3 pokoje, kuchnia, duża sala i ogród), ale wymaga gruntownych remontów. Na razie siostry uczą się języka, odwiedzają rodziny w dzielnicy i powoli wchodzą w środowisko.

Za dwa lata ma być zbudowany dom dla sióstr przy kościele, którego budowa jest również w planach. Po południu zwiedzamy autentyczny targ boliwijski – wszystkie towary są rozłożone na chodniku. Kupujemy drobne pamiątki. Po powrocie rozmowa m. Franciszki z siostrami.

22 marca – w czasie śniadania dowiadujemy się, że ksiądz biskup spóźnił się w LIMIE (Peru) na samolot. Wraca z Polski i miał tutaj dojechać o godz. 3 w nocy. Nie będziemy więc mogły się z nim spotkać inaczej, jak tylko jutrzejszej nocy – po jego przyjeździe i przed naszym wyjazdem.

O godzinie 10.30 Msza św. w kaplicy Jezusa Dobrego Pasterza z uroczystą inauguracją obecności naszych sióstr w dzielnicy. Pod nieobecność biskupa celebruje wikariusz generalny. Liturgia dynamiczna i radosna, procesja z darami, której towarzyszą dzieci w tradycyjnych strojach każdej prowincji. Po Mszy św. świąteczny poczęstunek, tańce, empanadas i coca cola.

Wracając do domu, spotykamy procesję grupy wieśniaków boliwijskich, którzy tańcząc i śpiewając, idą do Matki Bożej.

23 marca – o godz. 3 w nocy nowa niespodzianka! Samolot biskupa miał spóźnienie, biskup obudził więc telefonicznie ks. Aleksego, który zabrał nas samochodem, by zawieźć na lotnisko. I tak dzięki komórce udało nam się ostatecznie spotkać z księdzem biskupem o godzinie 4.30 rano, na skraju drogi między ORURO i LA PAZ. Jesteśmy na wysokości 4000 m, jest zimna noc, wieje wiatr... i tylko 5 minut po to, żeby sobie powiedzieć dzień dobry i do widzenia.

Około godz. 9 wylatujemy do LIMY. Na wybrzeżu Pacyfiku temperatura 32°C. Przed nami jeden dzień czekania. Postanawiamy więc zwiedzić centrum miasta, wspaniałą katedrę i nie mniej bogaty kościół jezuitów. Podczas południowej Mszy św. dziękujemy Bogu za tę podróż i wspominamy, że już 80 lat temu św. Urszula, nasza Matka Założycielka, śniła o Peru.

Godzina 19. Odlatujemy do Europy via Amsterdam. Nasze serca i oczy wypełnione wspomnieniami bogatych przeżyć i spotkań.

oprac. Marie-Thérèse Vallet
 
Czytany 2591 razy Ostatnio zmieniany środa, 16 marzec 2016 17:05