niedziela, 06 marzec 2011 21:33

List w związku z beatyfikacją ks. Michała Sopoćki - 1 IX 2008

Warszawa, 1 września 2008


Kochane Siostry,

Zbliżająca się beatyfikacja Sługi Bożego księdza Michała Sopoćki jest dobrą okazją do zapoznania się z jego sylwetką i biografią – z pewnością wiele informacji na ten temat będziemy mogły znaleźć w mediach, szczególnie katolickich. Dla nas jest to także sposobność, aby przybliżyć sobie jego związki z naszą Matką Założycielką i Zgromadzeniem.


Ksiądz Sopoćko znał Matkę Założycielkę od 1922 roku, bywał w Pniewach, obserwował nowo tworzące się Zgromadzenie, spotykał się także z Matką w Wilnie, korzystał z jej rad, zwłaszcza „w niezwykle trudnym położeniu na skutek konfliktu z pewnym Zgromadzeniem zakonnym”, jak to wyznał potem w jej procesie beatyfikacyjnym (Akta procesu, s. 328).

Prześladowany przez okupanta w latach II wojny światowej, ukrywał się w latach 1942-1944 (30 miesięcy) w naszym domu w Czarnym Borze, pełniąc funkcje kapelana i pomagając w formacji teologicznej sióstr, odbywających tam wówczas nowicjat.

Jak już wspomniałam wyżej, ksiądz Sopoćko był świadkiem w procesie beatyfikacyjnym Matki Założycielki. Przedstawił w jak najlepszym świetle sylwetkę duchową Matki i nasze Zgromadzenie.

Jeszcze przed rozpoczęciem procesu napisał wspomnienia, wyrażając przekonanie o świętości matki Urszuli Ledóchowskiej.

Nasze siostry z Czarnego Boru: s. Stanisława Stachowiak, s. Aniela Kaźmierczak i s. Janina Zapłatówna, mające osobisty kontakt z ks. Sopoćką przez lata jego pobytu w naszym domu, napisały (1981 r.) również bardzo pozytywne opinie o Słudze Bożym.

A oto obszerne fragmenty wyżej przywoływanych tekstów:

ks. Michał Sopoćko
MOJE WSPOMNIENIE O MATCE URSZULI LEDÓCHOWSKIEJ


(Obszerne fragmenty poniższego wspomnienia, zatytułowane „Bohaterska wielkoduszność”, drukowane były w: „Chrześcijanie”, t. 15, s. 273-274.)

Poznałem matkę Urszulę Ledóchowską w czerwcu 1922 roku, gdy zostałem zaproszony przez nią na wakacje do Pniew, gdzie przez miesiąc zastępowałem kapelana. Od razu uderzyła mnie jej niezwykła prostota, ruchliwość i pogoda ducha, która się udzielała otoczeniu. Dotychczas nie znałem zakonnic, dlatego z zainteresowaniem przyglądałem się ich pracy, modlitwom i innym ćwiczeniom, a szczególnie Matce, z którą najwięcej obcowałem. Podziwiałem i budowałem się nią na każdym kroku. Przede wszystkim widziałem w niej wielką żywą wiarę i bezgraniczną ufność w Miłosierdzie Boże.

Był to jeszcze czas, kiedy ważyły się losy nowego zgromadzenia, kiedy Konstytucje nie były jeszcze zatwierdzone, a piętrzyły się najrozmaitsze, nieprzewidziane trudności.

Matka zwierzała mi się częściowo, prosiła o modlitwy, przedstawiała swe plany, z których pamiętam jej projekt wychowania kandyda¬tów do stanu duchownego. Niektóre projekty według mnie przekraczały możliwości. Mimo to m. Urszula była zawsze dobrej myśli, przytaczała liczne przykłady opieki Opatrzności Bożej doznanych w Petersburgu, Szwecji, Norwegii, Danii i mocno ufała, że tym bardziej w kochanej Ojczyźnie Bóg pomoże urzeczywistnić jej zbożne zamiary.

Podstawą jej ufności była niezwykła pracowitość i gorliwość. Z pogodnym uśmiechem była obecna przy każdej pracy sióstr, zachęcając je swoim przykładem: w kaplicy na rozmyślaniu i w ogrodzie przy pieleniu, przy zarabianiu i podawania wapna murarzom, jak i na rekreacji, przy podtrzymywaniu radosnego nastroju, który udzielał się mimo woli najbardziej przygnębionym. Obecność Matuchny rozpraszała smutki, pobudzała do pracy i modlitwy, którą można było słyszeć stale wśród pracujących sióstr. Zajęta ustawicznie siostrami, znajdywała czas i dla gości, którym stale towarzyszyła przy posiłku, zabawiając ciekawymi i budującymi opowiadaniami.

Miesiąc przeminął mi jak jeden dzień. Gdy skończył się mój urlop, z żalem opuszczałem Pniewy i wróciłem do Warszawy wzmocniony duchowo i fizycznie, a świetlana i radosna postać Matuchny, mężnie przezwyciężającej trudności, zawsze stawała mi w pamięci, gdy potem sam musiałem zmagać się z podobnymi.

W następnym roku (1923) znowu skorzystałem z zaproszenia i na urlop pojechałem do Pniew, gdzie zastałem o. Tuszowskiego, udzielającego siostrom rekolekcji. Jakie to miłe wspomnienia! Skupione postacie sióstr, ciche konferencje i rozmowy z światłym Ojcem, potem wycieczki z nim do Lwówka, do hr. Łąckich [1], a szczególnie radosne opowiadanie Matuchny o tym, że się nie zawiodła w swej ufności, bo oto w czerwcu Prymas Polski kardynał Dalbor wręczył jej Konstytucje z pierwszą aprobatą. Otrzymałem te Konstytucje do przejrzenia, przekonałem się, że były one przez nią głęboko przemyślane, uzasadnione, przeniknięte głęboką miłością Boga i bliźniego, jaka tchnęła z każdego słowa zakonodawczyni.

Właśnie ta miłość Boga była głównym źródłem niespożytej aktywności m. Urszuli, która potrafiła łączyć w sobie głębokie życie wewnętrzne (ujawnione w jej rozmyślaniach) ze społeczną i tak rozległą działalnością, skromność z odwagą, głęboką pokorę z iście bohaterską wielkodusznością, samozaparciem się i poświęceniem dla chwały Bożej, zbawienia dusz i dobra ukochanej Ojczyzny.

W maju 1925 roku spotkałem m. Urszulę w Wilnie u p. Jeleńskiej [2]. Z rozmowy dowiedziałem się, że przejęła już od ks. prałata Karola Lubiańca [3] ochronę dla sierot w Czarnym Borze, gdzie zamierza zorganizować szkołę społeczno-gospodarczą i ma w projekcie założenie kilku placówek na Polesiu i Wołyniu.

Wówczas z polecenia ks. bpa Matulewicza [4] organizowałem Stowarzyszenia Młodzieży Katolickiej, które na Wileńszczyźnie dotychczas były nieznane i przez pewne czynniki traktowane były nieprzychylnie. Przystępowałem również do odbudowy przerobionego na klub oficerski kościoła św. Ignacego jako kościoła garnizonowego, do czego również wielu odnosiło się z uprzedzeniem. Powstawały nieprzewidziane przeszkody i trudności, które potęgowały i bez tego uciążliwe warunki pracy kierownika rozległego Rejonu Duszpasterstwa Wojskowego. Bliski byłem zniechęcenia i małoduszności. Jednak spotkanie z m. Urszulą i krótka z nią rozmowa o jej wielkodusznych planach na Kresach zawstydziła mnie, odegnała zniechęcenie, napełniła energią, zapałem i pewnego rodzaju uporem, by nie odstępować od powziętych zamiarów i plany doprowadzić do skutecznych wyników.

W kilkanaście lat później znalazłem się w jeszcze trudniejszych warunkach (1935-1938), dla ogółu nieznanych, z których przed nikim prawie się nie zwierzałem. Jednak znając roztropność m. Ledóchowskiej, chciałem skorzystać z jej pobytu w Wilnie i w prywatnej rozmowie oględnie i krótko przedstawiłem jej swoją sytuację. Podziwiałem trafność jej sądu, szybką orientację w całości zagadnienia, oględność w wypowiadaniu swojego zdania i skromność w radach.

Była to postać świetlana, która odeszła w przededniu wielkich wydarzeń, dusza niezwykłej świątobliwości, która otrzymała już stosowną nagrodę w niebie i niewątpliwie otrzyma specjalne wyróżnienie na ziemi przez wyniesienie na ołtarze.

WSPOMNIENIA NASZYCH SIÓSTR O KSIĘDZU MICHALE SOPOĆCE

(Z książki ks. M. Paszkiewicza pt. „Ksiądz Michał Sopoćko 1888-1975”, Białystok 1987)

S. Maria Stanisława Stachowiak:

Ks. Sopoćko był wnikliwym spowiednikiem i wspaniałym kierownikiem dusz. Wszystkim siostrom służył pomocą duchową. Prowadził z nami głośno rozmyślanie. W konferencjach zachęcał do chętnego pełnienia woli Bożej i ufności w Miłosierdzie Boże. Podejmował się każdej pracy fizycznej. Kosił łąki, kopał ziemniaki, nosił wodę, rąbał drzewo, porządkował podwórze, palił w piecu itd. Z całą prostotą mówił o swych porażkach i tak szczerze przyznawał się, jak siostra Faustyna zwróciła mu uwagę, że głosząc kazanie o Miłosierdziu Bożym w Wilnie, więcej myślał, jaki ono wywrze wpływ na obecnych, niż jaką odda chwałę Bogu. Nigdy nie okazywał swej wyższości. O swych sukcesach opowiadał jak o rzeczach zwykłych. Umiał ukrywać swe bogactwo duchowe i umysłowe. Nie zrażał się żadnymi trudnościami, a miał ich wiele, przeciwnie, innych uspokajał i pocieszał. W rozmowie był bardzo serdeczny i prosty. Budził zaufanie. Młodzi księża bardzo szanowali swego profesora i liczyli się z jego autorytetem.

S. Maria Aniela Kaźmierczak:

Ksiądz profesor stale pracował, nie marnował chwilki czasu. Nie mogąc głosić rekolekcji, opracowywał konferencje rekolek¬cyjne dla różnych zgromadzeń w Wilnie.

Na "Opatrzność" chodziłam często, aby przygotować i służyć mu do Mszy św. Ks. profesor rozpoczynając Mszę św. od słów „Introibo ad altare Dei” i przez psalm „Judica me...” zalewał się łzami. Mszę św. odprawiał z wielkim przeżyciem i skupieniem, co udzielało się obecnym. W ciągu dnia widziałam go modlącego się wiele – często z różańcem w ręku. Przy pracy był cichy, skupiony, głęboko zjednoczony z Bogiem. Jego jasne oczy promieniowały Bogiem.

W Czarnym Borze chorowała poważnie na serce osiemnastoletnia Frania Staluś. Słyszałam od niej nieraz: ,,Śmierci się nie boję, odprawiłam dziewięć pierwszych piątków”. 2 stycznia 1943 r. atak śmiertelny. Frania woła: "Siostry, księdza – umieram”. Obecne przy chorej siostry ogarnęło przerażenie. Co robić? Księdza nie ma – wyjechał... Wtem do pokoju chorej wpada jedna z sióstr i mówi: "Drogą od stacji idzie jakiś ksiądz”. I rzeczywiście, za chwilę wszedł do pokoju chorej ks. profesor Sopoćko, niosąc w zanadrzu Pana Jezusa. Zaopatrzył chorą na drogę do wieczności, modlił się, aż Frania spokojnie zamknęła oczy i odeszła do Pana po nagrodę. Później ks. profesor nam mówił, że wyższa siła kazała mu tego dnia jechać do Czarnego Boru.

S. Maria Janina Zapłatówna:

Od 1933 r. byłyśmy bez kapelana. Pewnego razu bawiłam się z dziećmi na placu, nieco oddalonym od głównego domu. Wtedy zauważyłam, i dzieci też, że jakiś ksiądz dzwoni i dzwoni do drzwi i nareszcie usiadł na progu domu. Więc zostawiłam dzieci i pobiegłam. Ksiądz widząc mnie nadbiegającą wstał i już z daleka pozdrowił mnie: „Pochwalony Jezus Chrystus” i spytał: „Czy mógłbym dla Sióstr odprawić Mszę św., bo wiem, że nie macie kapelana?”. Radość moja była wielka. Natychmiast oznajmiłam Siostrze Przełożonej i wszystkim Siostrom, uderzając w duży dzwon.

To pierwsze spotkanie z ks. prof. Michałem Sopoćką pozostało we mnie niezatarte. Jego postać pełna pokory, skromności, a zarazem godności zachwyciła mnie i często przypominała to spotkanie.

Podczas pobytu ks. prof. Sopoćki w Czarnym Borze kilka sióstr koadiutorek odbywało ścisły nowicjat. Należałam do tych sióstr. Ks. prof. Sopoćko prowadził dla nas wykłady z zakresu dogmatyki i ascetyki. Były one podawane w sposób prosty, zro¬zumiały. Skorzystałyśmy z tego wiele, bo każdy wykład jedna z sióstr uczestniczek po kolei opracowywała i na następnym ze-braniu dzieliła się opracowaniem z innymi siostrami.

Pomimo ciągłego niebezpieczeństwa cała postać ks. profesora Sopoćki była zawsze pełna powagi i spokoju. Odczuwało się jego całkowite zawierzenie Bogu i my w tym jego zawierzeniu też czułyśmy się bezpieczne.

Kilka razy służyłam ks. profesorowi do Mszy św., podczas której był zawsze rozmodlony. Po przeistoczeniu zatapiał się w Nieskończonym i Miłosiernym Bogu, którego mocą kapłańską sprowadzał na ołtarz i adorował Go przez dłuższą chwilę.

Przy odmawianiu Litanii Loretańskiej wpatrywał się w figu¬rę Matki Bożej i mówił do Niej jak do osoby żywej, którą się widzi i bardzo kocha.

(...) Zachęcam Siostry do serdecznej modlitwy za wstawiennictwem księdza Michała Sopoćki w intencji naszego Zgromadzenia – o jego duchowy i liczebny rozwój.

PRZYPISY:
1) Hr. Stefan Korzbok-Łącki i jego żona Konstancja z Mierzyńskich.
2) Maria Jelińska z Kończów (1876-1941), żona Józefa; zmarła w Kazachstanie.
3) Mgr Karol Lubianiec (1866-1942), ks. prałat, prof. Seminarium Duchownego w Wilnie, proboszcz i dziekan par. Mołodeczno, misjonarz wśród ludności prawosławnej.
4) Jerzy Bolesław Matulewicz (1871-1927), biskup wileński, a następnie arcybiskup tytularny, reformator zgromadzenia księży marianów i założyciel Zgromadzenia Sióstr Niepokalanego Poczęcia NMP. Beatyfikowany przez Jana Pawła II 28 czerwca 1987 w Rzymie. Krewny s. Dolores Matułajtis USJK.

(-) m. Franciszka
Czytany 2234 razy Ostatnio zmieniany środa, 16 marzec 2016 16:59