czwartek, 17 marzec 2011 21:07

Kronika podróży do Tanzanii, 29.11-18.12.2004 r.

Kalendarium podróży m. Jolanty Olech do Tanzanii (29 XI – 18 XII 2004)

29 XI W Rzymie. O 4.00 pobudka. Przed 5.00 wyjazd z domu, o 7.05 – samolot do Zurychu. Trochę spóźniony, więc biegiem do odpowiedniego okienka i odlot do Dar es-Salaam. Podróż dobra, wygodna, z miłą obsługą i dobrym jedzeniem. Ale w stanie hibernacji, ani ręką, ani nogą…
W Dar na lotnisku czekała s. Rita (w kiepskim nastroju po ataku malarii) z Barutim (naszym kierowcą). Ok. 10.30 wieczorem docieramy do Prokury Księży Misjonarzy na Konduchi. Jemy kolację (zostawioną w jadalni) i idziemy spać. Gorąco tropikalne = upał + wilgoć. Włączam wentylatory, ale to niewiele pomaga. Noc kiepska… Państwo Crescenzi (zaprzyjaźnieni lekarze z Rzymu), którzy byli dwa tygodnie w Mkiwa i przyjechali razem z s. Ritą, śpią też w prokurze. Odlatują do Rzymu rano.


30 XI Po porannej modlitwie i śniadaniu zbieramy się do wyjazdu. Włoscy księża misjonarze niemal wszyscy wrócili do kraju. Tutaj powstał wikariat, złożony z księży Afrykańczyków (48 osób). W ich rękach jest także prokura. Jedziemy jeszcze do miasta, aby wymienić pieniądze i zrobić zakupy. Koło 10.00 wyjeżdżamy w stronę Morogoro. Znajome już strony, pełne zieleni. Zaczęło padać. Nie ma dnia bez soczystej ulewy. Widać gołym okiem, że kraj powoli się rozwija. Więcej samochodów, ludzie lepiej ubrani. Po drodze mijamy znajome miasteczka. Rozmawiamy dużo. S. Rita opowiada o sprawach, wydarzeniach, siostrach, radościach, problemach. Ok. 14.30 jesteśmy u sióstr, które witają nas bardzo pięknie i serdecznie. Morogoro jest dużym miastem ok. 250 km od Dar. Położone na wzgórzach, ma bardzo dobry klimat i urodzajną ziemię. Ma też sporo szkół wyższych i kursów, a kilka zgromadzeń zakonnych męskich organizuje pierwszy uniwersytet katolicki w tej części świata. Idziemy najpierw do kaplicy. Wspólnota istnieje około roku. Przyszłyśmy tutaj, do parafii, na zaproszenie miejscowego księdza proboszcza. Mamy domek do użytku sióstr. Dwie pracują w przedszkolu, jedna w szkole. W sumie jest ich sześć i robią miłe wrażenie. Po obiedzie idziemy obejrzeć ogród (ładnie utrzymany) i szkołę pw. św. Moniki, będącą własnością parafii. Miłe spotkanie z personelem szkolnym i z młodzieżą, która kończy szkołę (to koniec roku szkolnego, zaczynają się wakacje). Potem jeszcze krótka wizyta u proboszcza. Znam go z Rzymu. Był u nas na kanonizacji. Jest teraz chory, po zabiegu chirurgicznym, więc nie zabieramy zbyt dużo czasu. Ruszamy w dalszą drogę do Dodomy, gdzie docieramy po zachodzie słońca. Tutaj, już przed bramą, czekają na nas odświętnie ubrane dzieci i prowadzą do kaplicy. Wspaniały widok: 24 „szkraby” w wieku od 12 lat do 2, w pięknych ubrankach (dzieci chodzące do szkoły – w uniformach), ze śpiewem i kwiatami wprowadzają nas do kaplicy domu, ustrojonej kangami z kanonizacji Matki Urszuli…

Odpowiedzialną za wspólnotę jest s. Modesta. Wspólnota liczy 6 sióstr (w tym 2 profeski wieczyste). Dom wysprzątany, pachnący. Dzieci też. Czuje się, że tu dobrze idzie. Jemy jeszcze kolację i idziemy spać. Jesteśmy bardzo zmęczone.

1 XII Dodoma. Rano oglądamy dom i obejście (ogród, zwierzęta), oczywiście, w towarzystwie dzieci, które czują się tutaj gospodarzami. Wszystkie urosły, niektóre zmężniały. Mała Neema wyrosła i zrobiła się panną, dość absorbującą i autorytarną, ale ciągle choruje (ma AIDS). Chłopcy uczą się dobrze i są pierwsi w swych klasach. Z dziewczętami trochę trudniej. Nie ma Francisa, brata Blasiego. Został odesłany do domu, ponieważ okradał całą okolicę. Teraz też uciekł z domu i nie wiadomo, co się z nim dzieje, ale nie zapowiada się dobrze. Krótka rozmowa z s. Modestą. Pozostawiam jej pieniądze, aby kupiła dzieciom coś do ubrania, jako prezent. Zostawiam też pieniądze od rodziny dla Neemy i dla Annucjaty (to forma adopcji na odległość). Rozmawiamy o tym, że trzeba by pomyśleć o wybudowaniu drugiego domu dla chłopców. Dzieci rosną i trudno je będzie utrzymać w dwóch pokojach, nawet dość obszernych.

Robimy jeszcze brakujące zakupy w mieście i ruszamy dalej. Zaraz po opuszczeniu miasta kończy się asfalt. Droga jest bardzo zła, trochę ze względu na deszcze, a trochę dlatego, że rozpoczęto wielką budowę drogi międzynarodowej, szerokiej, asfaltowej, dokładnie w tym samym miejscu. Trwają prace, wykopy, rozkopywanie terenu, usuwanie otaczających drogę krzewów. Ale to dobrze. Pracę prowadzą Chińczycy, jest więc nadzieja, że zostanie doprowadzona do końca. Zresztą, mamy też inny znak mendeleo (tzn. postępu): telefony komórkowe. Baruti informuje siostry w domach o naszej podróży właśnie poprzez telefon.

Droga jest bardzo męcząca, ale ok. 13.30 dojeżdżamy do Sukamaheli, gdzie siostry pracują już od ponad dwóch lat. Wspólnota znów 6-osobowa, zatrudniona w szkole i w duszpasterstwie (jest to parafia z Chibumagwa). Mszy św. codziennej nie mają. Ostatnio biskup odebrał też pozwolenie na udzielanie Komunii św., bo musi wszystko zweryfikować. Trochę się martwię tymi warunkami.

Zaledwie weszliśmy do domu, lunął (dosłownie!) deszcz. Wydawało się, że rozmyje i porwie wszystko. Po modlitwie w kaplicy miałyśmy występy grupy młodzieży, która śpiewała i tańczyła przez dobrą godzinę. Siostry mają już nowy dom: spory i wygodny, choć bardzo skromny. Bardzo sobie to cenię, że s. Rita dba, aby siostry miały dobre warunki życia, ale bez przesady w żadną stronę. Z Sukamaheli ruszamy już tylko w lekkim deszczu w dalszą drogę. Po pół godzinie wszystko jest tak suche, jakby nigdy nie padało.

W Mkiwa już na drodze czeka na nas poczet honorowy na rowerach. Na drodze prowadzącej do misji – tłum ludzi: sióstr, młodzieży, dzieci i mieszkańców wioski. Przy muzyce, ustrojone w kwiaty, zostajemy najpierw odprowadzone do kościółka na wspólną modlitwę. Potem otrzymuję figurkę Matki Założycielki (zrobiona z hebanu, spora, ciężka) i procesyjnie zanosimy ją do wybudowanej w ogrodzie altany, która w ten sposób staje się kapliczką polową. Po godzinnych powitaniach możemy wreszcie zjeść obiad i zamieszkać. Jesteśmy u kresu tego etapu podróży. Deo gratias! Misja jest coraz piękniejsza. Pełna kwitnących drzew, zieleni wszelkiego rodzaju. Od ostatniego mego pobytu (dwa lata temu) przybyły dwa domy i kuchnia dla sióstr. Jeden z nich jest jeszcze niezamieszkały. Trzeba jednak dodać, że żyje tu na stałe ok. 90 osób (nikt nie zna dokładnej liczby ze względu na zmieniające się aspirantki i kandydatki). Ze wzruszeniem i podziwem patrzyłyśmy na tak liczną wspólnotę. Duża grupa młodzieży zakonnej. Mamy też kilka dziewcząt, które z różnych powodów nie mają swych domów. Chodzą tutaj do szkoły. Przedszkole jest nadal bardzo liczne. Z naszych przyjaciół nie żyje pies Simba – postrach całej wioski i wierny obrońca domu. Pozostała jednak jego dość liczna rodzina i nocami czujemy się bezpieczne.

2 XII W Mkiwa. Próbujemy się rozpatrzyć w domu, w jego programie dnia, w pracach, w licznych wspólnotach. Kilka godzin poświęcam na rozmowę z s. Ritą. S. Giulia robi porządki w szafach w kuchni i przygotowuje posiłki. Ja przydałam się do poprawienia funkcjonowania komputera s. Rity.

Wieczorem – adoracja Najśw. Sakramentu przed I piątkiem.

3 XII Jedziemy do Kinyawamwenda. To ok. 150 km. od Mkiwa via Dodoma. Droga fatalna. W parafii nie zastajemy proboszcza, tylko jego zastępcę. Jedzie z nami na teren przyszłych włości. Jest ziemia, trzy kupki cegieł z wypalanej gliny (miało być 10 tys.; jeśli jest 2 – to już dużo). Przybiegł katibu i bardzo serdecznie z nami rozmawiał, prosząc, oczywiście, o pieniądze. Ma tu powstać nasz dom i przedszkole. Na razie trudno to sobie wyobrazić, ale jesteśmy pełne ufności. Wracamy do domu dość zmęczone. W domu niespodzianka – przyjechał o. Kinabo. Miał naukę dla sióstr (odprawiają dzień skupienia) i Mszę św. dla nas wszystkich. Deo gratias! Krótka rozmowa z ojcem. Jest administratorem szpitala, w którym pracuje s. Incoronata, i bardzo jest z niej zadowolony. Powiedział, że jest nie tylko świetnym fachowcem, ale dobrą matką i siostrą. Wspaniałe świadectwo.

4 XII Jedziemy od rana do Itigi. Najpierw oglądamy przyszły hostel dla dziewcząt. Wygląda imponująco. Duży, porządnie zrobiony dom. Siostry zamierzały rozpocząć pracę już teraz, od nowego roku, ale dom nie jest gotowy. Jest jeszcze sporo do zrobienia. To dobre dzieło. Część pieniędzy dał o. Sebastiano właśnie na ten cel. Potem jedziemy do sióstr, witane serdecznie tradycyjnym karibu. Oglądamy nową część szpitala (pediatria na 200 łóżek). Spotkanie z s. Marią Fiorillo, którą zapraszamy na obiad. Potem spotkanie z grupką dziewcząt, które proszą o przyjęcie do Zgromadzenia, i ich karibuni. Rozmowa z jedną z juniorystek. Spotkanie z siostrami na temat adwentu i przygotowania do Bożego Narodzenia w roku Eucharystii. Wysyłam pocztę do Europy. Wracamy pod wieczór. Jedzie z nami s. Incoronata, która wzięła kilka dni urlopu. W domu czeka s. Mary Tesha, jak zawsze niezawodna.

5 XII Niedziela. Oczywiście, bez Mszy św. Siostry poszły na ibadę (nabożeństwo) do miejscowego kościółka. Przyjmujemy Komunię św. w czasie porannej modlitwy. Później obchód posiadłości w Mkiwa: domy, nowa kuchnia zewnętrzna, ogród. Robi się bardzo gorąco, więc dość szybko wracamy do domu. Praca własna (uzupełnianie kalendarium, przygotowanie spotkań, porządkowanie fotografii, aby podzielić się z s. Incoronatą). Po obiedzie – spotkanie rekreacyjne z całą wspólnotą. Oczywiście, karibuni różnych grup i trochę odpowiedzi na pytania sióstr o pracę powołaniową, o sytuację w Zgromadzeniu. Telefon do Pniew (udało mi się uruchomić wreszcie telefon, ale możliwości kontaktu prawie żadne). Wieczorem – długa modlitwa z całą wspólnotą. Przyszła do porodówki młoda kobieta. To jej trzeci poród. Bardzo cierpiała, ale w poniedziałek rano siostry odwiozły ją do szpitala w Itigi (urodziła pod koniec dnia piękną córkę).

6-8 XII W Mkiwa. C.d. rozmów z s. Ritą i miniwspólnotą włoską. Dowiadujemy się w ten sposób więcej o sprawach, problemach, radościach i niepokojach. Wśród tych ostatnich: przede wszystkim o formację. W poniedziałek rano odwiedziłyśmy przedszkole. Znów jest więcej dzieci i chyba idzie dobrze mimo zmiany zespołu. Dzieci miały występy: śpiewy, karibuni, tańce i jasełka o narodzeniu Pana Jezusa (duża czarna lalka, która płakała cały czas). Wspaniali byli Maryja, św. Józef, Elżbieta, Symeon…

Po południu – spotkanie z nowicjatem, profeskami czasowymi i wieczystymi. Jako temat: przygotowanie adwentowe, znaczenie Bożego Narodzenia, Emanuel-Bóg wśród nas w Eucharystii, Rok Eucharystii w programie Zgromadzenia. Tłumaczyła s. Incoronata. Pod wieczór przywieziono młodą kobietę, która po porannej kłótni z teściową (tutaj w rodzinie rządzi teściowa) wzięła 20 pastylek chlorochiny i popiła naftą! Niestety, siostry nie mogły nic pomóc i odwieziono biedną kobietę do szpitala. Zdaniem s. Incoronaty – nie ma wielkich szans na przeżycie. Mąż, równie młody jak ona, pozostanie z dzieckiem. Podobno sporo jest takich wypadków. Teraz młodzi rzadziej sięgają po środki naturalne (trujące korzenie, kora drzew, liście, jad różnego rodzaju), a częściej po „współczesne”: lekarstwa, nafta…

Po modlitwie wspólnotowej idziemy w czwórkę na tradycyjny spacer. Szybko jednak zapada zmierzch. Rozmawiamy o tym, kogo i gdzie posłać, aby pomóc w formacji. W grę wchodzi Italia, Kanada i Polska. We wtorek – od rana dzień skupienia dla kandydatek, które jutro zostaną przyjęte do postulatu. Mam dla nich dwie konferencje o powołaniu w oparciu o J 1,38 (kogo szukacie?) i Łk 9,23 (pozostawić wszystko, brać swój krzyż) oraz Łk 9,62 (oglądać się do tyłu). W środę – teksty Matuchny z Testamentu.

W chwilach wolniejszych tłumaczymy z s. Incoronatą moje listy na suahili (bożonarodzeniowy i o Eucharystii)… Pogoda zmienna, gorąco na zmianę z chłodnym wiatrem; w nocy pada, w dzień niebo pokryte ciężkimi chmurami. Noce dość spokojne, tylko ptaki i zwierzątka podobne do nutrii harcują na dachu domu. To tak, jakby ktoś urządzał sobie tańce.

We wtorek s. Giulia poszła do ogrodu (ona przede wszystkim dba o posiłki) i znalazła piękny owoc awokado, ale obok – ponad dwumetrowego węża. Na szczęście wąż ledwie się ruszał, taki był objedzony. Narobiła krzyku, przybiegli robotnicy i zabili węża. Okazuje się, że to nie najgorszy gatunek. Ale gdy ugryzie, trzeba amputować część zainfekowaną, ponieważ bardzo szybko postępuje gangrena. O tej porze roku węże podchodzą często do ogrodu, a nawet do domów.

8 XII Święto Niepokalanego Poczęcia NMP, połączone ze 150-leciem ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi. W Lyonie (Francja) Kościół katolicki rozdaje dziś ludziom Nowy Testament, specjalnie na tę okazję wydrukowany w nakładzie pół miliona egzemplarzy.

Świętujemy. Rozpoczęłyśmy dzień od przedłużonej modlitwy i Komunii św. Zwykłe prace są ograniczone, ale trzeba było zabić świnię, ponieważ dzisiaj siostry musiały dostarczyć do Itigi 70 kg żywca. W tej sposób zarabiają na nasze utrzymanie. Mamy tu chlewnię na 50 świń, kilka krów, kilkadziesiąt owiec i koźląt. To, razem z ogrodem i polem, podstawa żywienia dla blisko 100-osobowej wspólnoty, a także źródło zarobku. Ponadto właśnie dzisiaj przypada dzień kontroli (ważenia, mierzenia) małych dzieci i matek ciężarnych. Od rana więc dom jest pełen ludzi. Przed obiadem przyjechały siostry z Itigi, przywożąc wiadomość, że o. Kinabo przyjedzie ok. 17.00 ze Mszą św. Jednak Matka Boża o nas pamięta!

Po południu – przyjęcie do postulatu 17 sióstr. Skromna, prosta, ale bardzo sugestywna uroczystość. Dla wielu z nich droga do ślubów jest jeszcze daleka, ale to już krok naprzód. Po uroczystości – fotografie; po fotografiach spotkanie wspólne, w czasie którego opowiadałam o Zgromadzeniu w innych krajach. Piękna Msza św., celebrowana przez o. Kinabo. Dziś jest też święto patronalne centrum, zawierzonego (jak cała Tanzania) M. B. Niepokalanie Poczętej. Ojciec zostaje z nami na kolacji, a potem zabiera siostry, które przyjechały z Itigi. Nasze siostry oglądają film na wideo…

9 XII Po porannych modlitwach i śniadaniu jedziemy do Issuny. Rok szkolny już się zakończył, młodzież wyjechała na wakacje, w domu są tylko siostry. Mamy 75 uczniów w trzech klasach i bardzo dobrą opinię. Zespół sióstr też bardzo miły. S. Stella jest dyrektorką szkoły i odpowiedzialną za wspólnotę. Z radością oglądam pięknie utrzymane pomieszczenia, ogród, coraz większe drzewa. To też jest Boże i ludzkie dzieło, powstałe praktycznie na sawannie. W tej chwili, na szczęście, jest światło elektryczne i zasięg telefonów komórkowych. Pozostaje ciągle nierozwiązany problem wody, ale może znajdzie się jakieś wyjście. Zostajemy z siostrami na obiedzie, a potem wracamy do Mkiwa. Telefonuję, korzystając z zasięgu, do Warszawy… Pogoda dziś bardzo ciężka: gorąco, parno, zbiera się na deszcz, który nie może podjąć decyzji… Mieli przyjechać goście z Itigi, s. Maria Fiorillo z Alessandro (młody inżynier, pracujący w szpitalu), ale coś s. Marię zatrzymało, a Alessandro poszedł reperować jakąś maszynę. Przyjechała też odpowiedzialna za pielęgniarki ze szpitala za swym pięknym sześciomiesięcznym Simone. Korzystam z okazji i kontynuuję pisanie życzeń bożonarodzeniowych, aby wysłać je zaraz po powrocie do Europy. S. Incoronata pojechała do Itigi skopiować dokumenty… Tutaj obie fotokopiarki są popsute.

10 XIINoc okropna. Owce płakały pół nocy. W drugiej połowie nocy szczury na strychu urządziły sobie dyskotekę. Wstajemy w nie najlepszych humorach i zaraz po modlitwie i śniadaniu siostry zabierają się do kontroli strychu. Oczywiście, pełen szczurów, ale dziś będzie ich koniec!

Zebranie rady ścisłej (do obiadu). M.in. omawiamy projekty: (1) Itigi – hostel dla 50 dziewcząt, prawie na wykończeniu. (2) Moshi – w projekcie dom i szkoła na prośbę osoby świeckiej. (3) Kinyawamwenda k. Singidy – otrzymujemy 50 eca ziemi i prośbę o wybudowanie domu i przedszkola (eca – to miara gruntu równa ok. ½ ha; 50 eca = 25 ha); (4) w Singidzie kupno małego domu jako ewentualne piede-à-terre w podróżach. (5) Dodoma – potrzebny byłby drugi dom (takie były pierwotne plany), bo dzieci rosną i trudno trzymać chłopców i dziewczęta w sąsiadujących salach; (6) Morogoro – trzeba pomyśleć o remoncie domku, który był kupiony jako dom dla sióstr uczących się.

Potem – tłumaczenie listu o Eucharystii na suahili z s. Incoronatą, tak aby każda siostra miała do dyspozycji swój egzemplarz.

Jeśli chodzi o klimat, gotujemy się niemal żywcem. Jest bardzo agresywne słońce i od czasu do czasu pada! Za to w ogrodzie wszystko rośnie w mgnieniu oka.

11 XII sobota. Przyjechały siostry odpowiedzialne za wspólnoty. Mamy spotkanie z nimi i z profeskami wieczystymi z okolicznych domów. Temat spotkania: rola przełożonych, styl sprawowania władzy, tradycja i charyzmat oraz odpowiedzialność za kształt Zgromadzenia tutaj, w Tanzanii. Po południu – program pracy we wspólnotach na następny rok. Potem siostry z bliżej położonych wspólnot wracają do siebie. S. Giulia z s. Rosą poszły do mamma Julia – to podopieczna s. Giulii. Kobieta, którą mąż zaraził AIDS. W tej chwili mąż nie żyje. Dwójka dzieci jest u nas w Dodomie. Najstarsza córka (zdrowa) i trójka najmłodszych (w tym bliźniaki, które urodziły się kilka miesięcy temu) – w domu. Rodzina s. Giulii pomaga im materialnie. Za otrzymaną pomoc mamma Julia wybudowała lepszy dom. Mąż umarł kilka miesięcy temu, ona też nie czuje się najlepiej. Dobrze, że są tu nasze siostry i na pewno zajmą się dziećmi. Najstarsza córka jest bardzo zdolna. Byłoby dobrze, aby mogła uczyć się dalej.

12 XII W nocy była solidna burza i deszcz. Rano poczułyśmy zmianę – chłodno i orzeźwiające powietrze, co jednak nie trwało długo. Powrócił upał. Po porannych modlitwach pozostajemy dłużej przy stole, aby posłuchać o różnych doświadczeniach sióstr z ich pracy. Dziś mamy Mszę św., która zaczęła się, co prawda, z godzinnym opóźnieniem, ale jest! Msza św. odbywa się w kościółku wioski, wypełnionym naszymi siostrami, dziećmi i ludźmi z osady. W czasie Mszy św. dwie dziewczynki zostają w uroczysty sposób przyjęte do Stowarzyszenia Dzieci Maryi, które prowadzi nasza s. Amalia. Po Mszy św. (ponad 2-godzinnej) obowiązkowe tańce, a potem obiad (ryż z kawałkami mięsa z kury i smażone banany), na który zostajemy zaproszone. Ok. 16.30 jedziemy do Itigi, na kolację do s. Marii. Wracamy późno, ale zadowolone. Pożegnałyśmy się też z siostrami z Itigi. S. Incoronata wraca już do pracy.

13 XII W nocy znów silna burza. Zaczęła się prawdziwa pora deszczowa. W nocy padają obfite deszcze, w dzień jest silne słońce i bardzo dużo wilgoci. Wszystko rośnie na potęgę. W ciągu kilkunastu dni krajobraz zmienił się całkowicie. Wszędzie piękna, wysycona zieleń. Dużo kwiatów w przydrożnych lasach. Cały dzień praktycznie poświęcamy kończeniu rozmów i przygotowaniom do podróży. Mam spotkanie z nowicjatem (oba nowicjaty) na temat charyzmatu (I cz. Konstytucji). Rozmowa z s. Rosą i z s. Mary T. Wieczorem – spotkanie pożegnalne z siostrami. Śpiewają historię misji i o moim w niej udziale. Okazuje się, że to dziesiąta podróż do Tanzanii. Otrzymujemy w prezencie każda po kandze. Potem jeszcze sadzenie drzewek. Przyjechała s. Incoronata z Alessandro, na pożegnanie. Alessandro jest tu od dwóch lat. Należy do wspólnoty świeckich dominikanów. Jest inżynierem i postanowił kilka lat swego życia poświęcić Afryce. Pomaga także i nam swymi umiejętnościami technicznymi. A w nocy – burza.

14 XII Po porannych modlitwach, błogosławieństwach i pożegnaniach ruszamy w drogę. S. Rita jedzie z nami, ponieważ wybiera się na jakiś czas do Italii, aby podreperować zdrowie. Droga nie najlepsza. Padało wszędzie, jest więc dużo błota, ale można jeszcze przejechać. Pierwszy etap: Dodoma. Siostry przygotowały obiad, a dzieci – przedstawienie pożegnalne (śpiewają, jak im smutno, że odjeżdżamy). Krótkie spotkanie z siostrami i ruszamy w drogę do Morogoro, gdzie dojeżdżamy pod wieczór. Spotkanie z siostrami i dłuższa rozmowa, w czasie której dowiadujemy się, czego pragną i na co liczą. Mówię krótko o hierarchii wartości w życiu zakonnym i w motywacjach (Pan Bóg, charyzmat, misja i wokół tego – reszta). Słuchają pilnie i dziękują. Śpimy w Morogoro.

15 XII Mszy św. nie ma, mimo że kościół parafialny obok. Ksiądz źle widzi, a zastępcy przychodzą, kiedy mogą. W czasie śniadania – dłuższa rozmowa. Wyjeżdżamy ok. 8 rano (siostry mają swoje zajęcia) i jedziemy najpierw do Parku Narodowego w Mikumi, odległego o 100 km. Chciałyśmy obejrzeć zwierzęta, żyjące w stanie naturalnym. Trochę widziałyśmy: żyrafy, słonie, zebry, jelonki różnych odmian, hipopotamy i nawet lwa-leniwca, odpoczywającego po uczcie. Ale w sumie – zwierząt niewiele, może dlatego, że to niedobra pora na spacery. Jest bardzo upalnie. Pod wieczór docieramy do Dar es-Salaam, do Prokury Misjonarzy Krwi Przenajdroższej. Ojcowie przyjmują nas w pomieszczeniach zarezerwowanych dla współbraci, ponieważ prokura jest pełna gości. Spotykamy lekarzy z Faenzy (dr Travaglino), którzy są tutaj któryś raz z rzędu. Wybudowali i wyposażyli mały szpital na dalekich przedmieściach Dar. Szpital prowadzą siostry św. Gemmy. W tej chwili kończą przygotowywanie nowoczesnej sali operacyjnej i operują potrzebujących pomocy. Wspaniali ludzie!

16 XII Rano Msza św. Czwarta – w czasie tych blisko 3 tygodni. W prokurze są już sami księża Afrykańczycy. Jedziemy do miasta, do ambasady włoskiej (s. Rita ma sprawy do załatwienia) i do polskiej (pytam o formalności, związane z uzyskaniem polskiej wizy). Jeszcze są do załatwienia sprawy (bank, bilety, zakupy) i jedziemy do Bagamoyo. Jest to stary port oceaniczny. Przez kilka wieków (ok. 200-300 lat) był w posiadaniu Arabów. Był miejscem, gdzie docierały karawany, wiozące z głębi kraju drzewo, heban, różne zioła, kawę, pieprz i in. Tu m. in. rezydował szejk Zanzibaru. Niektóre rozsypujące się domy prezentują architekturę typowo arabską. W innych spotyka się np. odrzwia rzeźbione na sposób arabski. Jest też cmentarz – niemy świadek historii. Przez wieki było to kwitnące miasto. Kiedy „odkryto” możliwość handlu ludźmi, miasto stało się portem, z którego odpływały statki, załadowane ludźmi. Kierowały się w stronę Arabii i niektórych krajów kontynentu afrykańskiego; w późniejszym okresie – w stronę Ameryki. Handel był w rękach Arabów, ale przy współpracy miejscowych kacyków, którzy po prostu sprzedawali pobratymców. Po likwidacji handlu ludźmi Bagamoyo zaczęło podupadać. Powstał większy i głębszy port w Dar i to miasto bardzo szybko się rozwinęło. Dziś Bagamoyo to mała osada ze znakami dawnej świetności i smutku.

Bagamoyo, gdy docierały tu karawany, idące z interioru, nazywało się Bwagamoyo – miejsce radości. Od kiedy stało się portem handlu żywym towarem, zmieniło nazwę na Bagamoyo – miejsce, w którym tracisz nadzieję. W latach sześćdziesiątych XIX wieku jako pierwsi misjonarze przybyli tu misjonarze Ducha Świętego. W 1868 powstał pierwszy kościół katolicki, przez nich zbudowany. Ojcowie od początku rozpoczęli walkę z handlem żywym towarem. Najpierw wykupywali ludzi i odsyłali do ich miejsc rodzinnych. Gdy zorientowali się, że często ci sami ludzie stają się ponownie ofiarami handlu, zatrzymywali wykupionych w Bagamoyo, tworząc plantacje palm kokosowych, bawełny, pieprzu…

Z tym miejscem związana jest też historia sławnego dra Dawida Livingstone’a – misjonarza anglikańskiego, lekarza i podróżnika, który swymi publikacjami przyczynił się do likwidacji handlu niewolnikami. Pokazuje się wieżę w miejscu, gdzie zatrzymał się w swych podróżach, i drzewo, pod którym wypoczywał. Podobno tutaj przez jedną noc było jego ciało w drodze powrotnej do Anglii w 1873 roku.

17 XII Następna noc prawie in blanco. Rano czekamy na s. Mary. Miała przyjechać wczoraj, ale popsuł się autobus i pozostała w Morogoro. Przyjeżdża ostatecznie ok. 10 rano i jedziemy do miasta. Upał okropny. Nawet oddychać trudno. Jedziemy do hotelu Sea Cleaf, który poznałyśmy jeszcze poprzednim razem. Tam robimy ostatnie zakupy i jemy obiad. Ok. 16.30 wracamy do domu, aby się spakować, i ok. 18.45 – na lotnisko. Tłok na drogach ogromny, tak że dojeżdżamy dobrze po 20. Odprawa (bez problemów) i ok. 22.30 odlot do Europy via Nairobi. Samolot dość wypełniony, ciasny, ale jest noc i w sumie drzemiemy niemal do ostatniej chwili.

18 XII Lądujemy bez wielkiego spóźnienia w Zurychu, potem biegiem przez wszystkie bramki kontrolne i o 7.30 odlatujemy do Rzymu, gdzie czekają na nas s. Franciszka i s. Jana. Deo gratias za wszystko!

 

Czytany 1552 razy Ostatnio zmieniany wtorek, 13 sierpień 2019 11:37