czwartek, 17 marzec 2011 21:02

Sprawozdanie z pielgrzymki do Santiago de Compostela, 17-21.04.2004 r.

Pielgrzymka do Santiago de Compostela, 17-21 kwietnia 2004


17 kwietnia wyjeżdżam do Hiszpanii na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. Jest to pielgrzymka zorganizowana przez COMECE (Komisję Episkopatów Wspólnoty Europejskiej). Komisja istnieje od ponad dwudziestu lat i blisko współpracuje z Radą Konferencji Episkopatów Europy (CCEE).

Jako przygotowanie do przyjęcia 1 maja 2004 do Unii Europejskiej dziesięciu nowych państw COMECE postanowiło zorganizować właśnie tę pielgrzymkę.


W pielgrzymce bierze udział ok. trzystu osób z 27 krajów europejskich (po dziesięć osób z każdego kraju, który po 1 maja będzie należał do Unii Europejskiej) oraz przedstawiciele Unii Europejskich Konferencji Przełożonych Wyższych (ja znalazłam się w tej właśnie puli UCESM-u), także przedstawiciele innych Kościołów, prasa, ludzie kultury. Z wyjątkiem Cypru i Estonii reprezentowane są wszystkie obecne i przyszłe kraje członkowskie UE. Swoje delegacje przysłały też Norwegia, Albania, Chorwacja i Szwajcaria. Pielgrzymka ma charakter ekumeniczny: obok kardynałów i biskupów katolickich uczestniczą w niej także delegaci Konferencji Kościołów Europejskich (KEK), skupiającej Kościoły anglikańskie, protestanckie, starokatolickie i prawosławne; są też obecni hierarchowie Kościoła prawosławnego. Wśród uczestników pielgrzymki jest wielu urzędników UE z Brukseli i Luksemburga, będących członkami grup modlitewnych.

Dlaczego pielgrzymka i dlaczego właśnie do Santiago de Compostela?

Z tego sanktuarium, tak silnie związanego z historią Europy, Jan Paweł II wezwał po raz pierwszy (w 1982 roku) do odkrycia na nowo chrześcijańskich korzeni Europy. Poza tym obecnie trwa tam Rok Święty.

Sanktuarium w Santiago de Compostela jest - obok Jerozolimy i Rzymu - jednym z trzech sanktuariów, do których od wieków pielgrzymowali chrześcijanie

Skąd Santiago niemalże na samym zachodnim skraju Europy? Św. Jakub tzw. Starszy lub Większy, brat Jana Ewangelisty, syn, jak wiemy z Nowego Testamentu, Zebedeusza i Salome, należał do grona Apostołów. Po zmartwychwstaniu Pana Jezusa Apostołowie rozeszli się w różne strony świata, aby przekazywać przesłanie Chrystusowe innym narodom. Jak mówi tradycja, Jakub udał się na zachód i dotarł do Półwyspu Iberyjskiego, aż na jego zachodnie krańce, i tam przez jakiś czas ewangelizował, chociaż ponoć z dość mizernym skutkiem. Kiedy miał wracać, w nocy 2 stycznia roku 40, żegnając się ze swoimi nielicznymi uczniami, wyraził ból z niewielkich skutków ewangelizacji i wtedy, według tradycji, ukazała mu się Matka Boża, która pocieszyła go, że jego praca wyda owoce. Poprosiła też, żeby w tym miejscu, gdzie się wszystko odbywało - a według legendy było to w miejscu, gdzie teraz znajduje miasto Saragossa - postawiono kolumnę (po hiszpańsku pilar). Stąd miejsce to stało się sanktuarium, gdzie do dzisiaj czczona jest w sposób szczególny Matka Boska z Pilar, patronka Hiszpanii.

Jakub wrócił do Jerozolimy i tam, jak wiemy, w 42 roku został zamordowany na rozkaz Heroda Agryppy. Po śmierci, również według tradycji, jego umęczone ciało znalazło się właśnie na terenie dzisiejszej Hiszpanii. Jedni twierdzą, że Apostołowie wykradli ciało i wysłali w jakiejś szalupie w morze, inni, że ciało przewieziono w IV w. kamienną łodzią z Palestyny do Galicii, jeszcze inni, że ciało przeniesione zostało w sposób cudowny właśnie na wybrzeże współczesnej Galicii hiszpańskiej. W każdym razie bardzo szybko pamięć o tym, że ciało Jakuba Apostoła tam właśnie zostało złożone, raczej zanikła - aż do IX wieku.

Grób został odkryty między 788 a 838 rokiem (być może ok. roku 814), prawdopodobnie dzięki biskupowi Teodomirowi (Teodoro da Ira). Pobożna tradycja mówi, że pewien pustelnik imieniem Pelajo (Pelagiusz), mieszkający w pobliżu, doniósł biskupowi, iż przez kolejne noce widział światełka z nieba, podobne do spadających gwiazd, a spadające dokładnie w to samo miejsce, nazywające się Libredón. Był to znak nadprzyrodzony, wskazujący - jak się okazało - marmurowy sarkofag z doczesnymi szczątkami św. Jakuba. Od tego momentu w pismach średniowiecznych na oznaczenie lokalizacji grobu Apostoła zaczyna się używać nazwy: "Campus stellae" (Compostella), czyli pole gwiazd.

Nie ma, oczywiście, żadnych dokumentów, które by te wszystkie tradycje potwierdzały. Istnieją jednak dokumenty, które wskazują na to, że już w IX wieku na tym właśnie miejscu, gdzie dziś jest wielka katedra poświęcona św. Jakubowi, było maleńkie sanktuarium, do którego pielgrzymowali ludzie z różnych stron Hiszpanii. W tym też wieku rozpoczął się bardzo znaczący napływ pielgrzymów z wielu stron Europy - od wschodu po południe. Pielgrzymi, którzy dochodzili do sanktuarium - a przecież całe ich dziesiątki i setki ginęły po drodze - na brzegu oceanu, bo zaraz za Santiago są już wybrzeża oceanu, zbierali muszle. Był to znak, ze dotarli do celu. Papieże tamtych czasów bardzo te pielgrzymki popierali i z pielgrzymką do Santiago już od X wieku związana była indulgenza plenaria [odpust zupełny].

Statystyki podają, że obecnie do grobu św. Jakuba co roku pieszo dociera ok. siedmiu milionów pielgrzymów!

Warto uświadomić sobie, że Santiago de Compostela jest rzeczywiście szczególnym miejscem na mapie Europy i w historii kształtowania się fundamentów jedności europejskiej. W 1987 roku Rada Europy określiła wędrówkę do grobu św. Jakuba mianem "Pierwszej Europejskiej Mapy Szlaków Kultury", symbolem wspólnotowej identyfikacji ludzi naszego kontynentu. UNESCO zaś w 1993 roku wpisało Santiago de Compostela na listę Kulturowego Dziedzictwa Ludzkości. Santiago de Compostela nie bez przyczyny bywa nazywane duchową stolicą Europy. Różne osoby przy różnych okazjach na ten temat się wypowiadające bardzo często - zresztą za Janem Pawłem II - odwołują się m.in. do zdania Goethego, który twierdził, że tożsamość czy też świadomość europejska kształtowała się właśnie w tych długich i trudnych pielgrzymkach poprzez Pireneje do św. Jakuba w Composteli.

Stąd też teraz, w momencie poszerzenia Unii Europejskiej, postanowiono odbyć taką pielgrzymkę - choć oczywiście w bardzo skrócony sposób - aby prosić św. Jakuba o pomoc w budowaniu prawdziwie braterskiej i chrześcijańskiej Europy.

Pielgrzymka rozpoczyna się w sobotę 17 kwietnia po południu. Wyjeżdżam z Warszawy rano, aby dostać się do Madrytu, a stamtąd dalej. Sam wyjazd naznaczony jest trudnymi przeżyciami, ponieważ poprzedniego dnia moje dwie siostrzenice i mąż jednej z nich mieli wypadek samochodowy i całą noc byliśmy w telefonicznym kontakcie, żeby wiedzieć, co się stało. Na szczęście, choć cała trójka jest poturbowana i samochód do kasacji, dzięki Panu Bogu żyją.

Już na dworcu lotniczym spotykam się z delegacją polską, do której należy dwóch biskupów, ks. bp Marek Jędraszewski (z Poznania), którego znamy, i ks. bp Tadeusz Pikus, biskup pomocniczy z Warszawy; jest dwóch jezuitów, z których jeden, o. Bogusław Trzeciak, jest dyrektorem warszawskiego oddziału OCIPE (Katolickie Biuro Informacji i Inicjatyw Europejskich), drugi, o. Leszek Gęsiak z Krakowa, przez kilka lat, aż do ubiegłego roku, pracował w biurze OCIPE w Brukseli. Są dwie siostry klaretynki, pani, która jest nauczycielką w podkieleckiej wiosce, ks. prof. Piotr Mazurkiewicz z Warszawy, drugi ksiądz, ks. Witold Dorsz, wykładający we Włocławku i dwoje młodych ludzi - oboje z ruchu fokolarinów, więc grupa bardzo zróżnicowana.

Dolatujemy do Madrytu ok. wpół do czwartej, tam już czeka przedstawiciel COMECE i odwozi nas do siedziby Episkopatu Hiszpanii, skąd autobusami ruszymy dalej. Okazuje się, że jednak - jak to bywa w dużych grupach - najpierw czekamy na naszych, którzy coś pogubili, potem czekamy na Litwinów, którzy przyjechali jeszcze później, w rezultacie wyruszamy z Madrytu o godz. 16.30, czyli w momencie, kiedy w opactwie benedyktyńskim Santo Domingo de Silos, odległym o jakieś 150 km, już się rozpoczyna pielgrzymka.

Tak więc omija nas rozpoczęcie, omijają nas uroczyste nieszpory w klasztorze, i kiedy nasz autokar dojeżdża do Santo Domingo po przebyciu pięknego odcinka drogi z Madrytu, napotykamy całą grupę już wędrującą w stronę następnego miejsca spotkania. Dołączamy się natychmiast i za kilka minut, też chyba w dawnym klasztorze - dlatego że sala, do której wchodzimy, robi wrażenie starego kościoła, a obok są krużganki - rozpoczyna się część informacyjna spotkania, która zresztą będzie miała miejsce każdego dnia.

Po powitaniach i wyrażeniu radości przez organizatorów, że jesteśmy razem, głos zabiera pan Inigo Méndez De Vigo, Hiszpan, który należy do prezydium Konwentu Europejskiego, był więc jednym ze współtwórców projektu Traktatu Konstytucyjnego dla Europy. Później przedstawiają się niektóre grupy uczestniczące w pielgrzymce, m.in. dwóch znanych nam braci z Taizé, i na końcu, już z wideo, wita nas pan Romano Prodi, Przewodniczący Komisji Europejskiej.

Pan Prodi bardzo prosi o wybaczenie, że nie może być osobiście tutaj razem z całą pielgrzymką, i wyraża wielką radość, że taka pielgrzymka się odbywa. Mówi m.in., że komunia między narodami, jak kiedyś w średniowieczu, tak i dziś rodzi się w drodze, dzięki ludziom, którzy są połączeni tą samą wiarą i tym samym przekonaniem, że jedność jest potrzebna. I że właśnie ta jedność, której Unia jest narzędziem, przygotowuje nowy porządek europejski, który sprawi, że Europa będzie mogła oddychać dwoma płucami, jak Ojciec Święty dwadzieścia lat temu do tego wzywał.

Romano Prodi przypomina również, że Santiago, do którego zmierzamy, jest oficjalnie uznane za duchową stolicę jedności europejskiej, że Kościół i Europa są ze sobą ściśle powiązane i że ten związek, tak jak i ta pielgrzymka, to jest bardzo mocny sygnał dla nowej Europy, iż musi ona opierać się na szacunku dla bliźnich, na braterstwie, na pragnieniu pokoju i na wspólnym dziedzictwie chrześcijan i Europejczyków. Przypomina również, że być w drodze, pielgrzymować - to jednocześnie godzić się na dialog i pojednanie, że ten dialog i pojednanie muszą być fundamentami w budowaniu nowej Europy, a także wkładem Europy w pokój i stabilność na całym świecie.

Po przemówieniach zostajemy zaproszeni na krótkie przyjęcie, na stojąco, wzdłuż stołów ustawionych w krużgankach. Tutaj też rozpoznajemy się z różnymi ludźmi. Spotykam ks. abpa Faustino Sainz Munoza, z którym kiedyś pracowałyśmy w nuncjaturze apostolskiej w Skandynawii, a który jest dzisiaj w Brukseli nuncjuszem apostolskim przy Unii Europejskiej.

Oczywiście spóźnienie, o którym wspomniałam, sprawiło, że na opactwo w Santo Domingo de Silos mogliśmy popatrzeć tylko z daleka. Zaraz po przyjęciu już wzywano nas do autobusów, aby jechać dalej. Wszyscy już mieliśmy bardzo duże opóźnienie. W każdym razie warto wspomnieć, że to opactwo jest jednym z najstarszych, a pierwszy dokument, który mówi o nim wprost, pochodzi z tego miejsca z 954 roku. Wiadomo, że obecne opactwo w swojej najstarszej części było zbudowane już na starym wizygockim klasztorze czy też innych ruinach. Prawdopodobnie pierwsze budowle pochodzą z VII wieku. W chwili obecnej opactwo jak gdyby zaczyna odzyskiwać swoją dawną świetność, przede wszystkim jako wspaniałe miejsce duchowego odpoczynku i źródło artystycznego natchnienia dla wielu (mężczyźni mogą nawet spędzić tu w samym opactwie kilka dni bądź odprawić rekolekcje), a także jest sławne ze swych śpiewów. Benedyktyni modlą się tutaj śpiewając chorał unisono, bez akompaniamentu, w stylu, który przypomina pierwsze wieki chrześcijaństwa. W 1994 roku wydali pierwsze płyty, które natychmiast stały się przebojem na całym świecie.

Z Santo Domingo wyruszamy powoli na północ w stronę Burgos. Choć przesunięcie czasu w porównaniu z Polską jest ok. półtoragodzinne, właściwie jest więc stosunkowo widno aż do wpół do dziesiątej, to do Burgos dojeżdżamy już w ciemnościach. Jest zimno, pada deszcz i zaczyna wiać ostry, północny wiatr.

Dojeżdżając do Burgos, które leży trochę w dole w porównaniu z drogą, którą jedziemy, z daleka widzimy pięknie oświetlone miasto i jeszcze piękniej w samym centrum oświetloną katedrę, którą jutro będziemy mogli choć przez chwilę zobaczyć.

Nasz autokar mija jednak samo miasto, dlatego że mamy hotel już w zasadzie poza miastem. Do hotelu dojeżdżamy dobrze po dziesiątej wieczorem, tak że kolacja jest o wpół do jedenastej i idziemy spać po dwunastej.

18 kwietnia

Tak naprawdę, to dopiero tutaj, w Burgos, wchodzimy na "prawdziwą" drogę pielgrzymią.

W XII wieku opisane zostały cztery główne szlaki, wiodące przez Francję do Composteli, a łączące się w Pirenejach[1]. Pierwsza - to Via Tolosana (Tulusana), nazywana również jedną z dwóch dróg francuskich; pielgrzymowali nią często także Włosi, gdyż wiodła przez południową Francję, wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego. Druga droga francuska nosiła nazwę Via Podiensis i prowadziła z centrum Francji, z Burgundii. Trzecią, Via Lemosina (Lomovicensis), chętnie wybierali pielgrzymi z Niemiec, Polski, Wschodniej Europy. I ostatnia droga, najbardziej na północ, Via Turonenis (Turonensis), z której korzystali najczęściej pielgrzymi z północnej Europy, w tym z Anglii i Skandynawii.

Na granicy dzisiejszej Hiszpanii, w miejscowości, która od czasów średniowiecza nosi nazwę Roncesvalles[2], te cztery drogi się spotykały i stanowiły potem, z niewielkimi odchyleniami, jedną wspólną drogę aż do Santiago de Compostela. Ten właśnie odcinek od Roncesvalles do Santiago - to odległość ok. 800 km.

My, jak powiedziałam, rozpoczynamy naszą pielgrzymkę w Burgos.

Po śródziemnomorskim śniadaniu przy 3o Celsjusza, w ostrym deszczu i lodowatym wietrze, ruszamy z hotelu do centrum miasta i dojeżdżamy po około dwudziestu minutach do katedry. W zasadzie nie mieliśmy większych problemów z dojazdami, bo choć centra poszczególnych miast są z reguły wyłączone z ruchu, to naszej pielgrzymce zawsze towarzyszyła eskorta policji, która doprowadzała nas również tam, gdzie normalnie dojechać nie można.

Burgos jest pięknym miastem, mówię oczywiście na podstawie tego, co widzieliśmy z okien autobusu. Zostało założone w IX wieku i odegrało bardzo ważną polityczną i militarną rolę w historii Hiszpanii. Przez kilka wieków było siedzibą kastylijskich suwerenów i królów Kastylii i Leónu - właściwie od zjednoczenia tych ziem na początku XI wieku aż do zakończenia tzw. rekonkwisty, czyli wypędzenia Maurów z terenów całej Hiszpanii.

Trzeba dodać, że św. Jakub w tej rekonkwiście i "oczyszczeniu" Hiszpanii brał, według tradycji, czynny udział i dlatego dosyć często jest określany jako "Matamoros", czyli pogromca Maurów [dosłownie: Arabożerca], i przedstawia się go na białym koniu, ze szpadą, a krzyż symbolizujący Santiago też ma dolne ramię w formie szpady - to znak charakterystyczny dla tego sanktuarium[3]].

Miasto, ponieważ leży na trasie pielgrzymów, niewątpliwie także z pielgrzymami wiąże swoją świetność.

Sama katedra została zbudowana w XI wieku na miejscu starego, romańskiego kościoła. Kolejni władcy, kolejni biskupi wnosili swój wkład w budowę katedry, można więc dzisiaj odnaleźć ślady późniejszych epok, choć tak naprawdę nie zatraciła swojego gotyckiego stylu. Katedra ma główną nawę z przepięknym ołtarzem i boczne kaplice, a także krużganki, wokół których mieszczą się sale muzeum, bogate w różne dzieła sztuki. Katedra, jak informują przewodniki, jest trzecią co do wielkości po Sewilli i Toledo hiszpańską katedrą gotycką. Właściwie aż do XV-XVI wieku była ona przebudowywana i uzupełniana poprzez piękne iglice, bogate kaplice, bardzo bogaty wewnętrzny wystrój. Trudno tutaj wszystko opisywać i niewiele by to dało - można dostać zawrotu głowy, patrząc na te wszystkie wspaniałe dzieła sztuki, zgromadzone w jednym miejscu. Tak dla ciekawości, to w tej katedrze jest również grób Cyda - bohatera narodowego Hiszpanii[4] - i jego żony.

W Burgos mogliśmy zwiedzić katedrę i muzeum pod opieką fachowych przewodników, a następnie, ok. godz. 11, w dużej i bardziej współczesnej kaplicy św. Tekli odbyła się uroczysta Msza św., którą koncelebrowali wszyscy nasi biskupi i księża, obecni na pielgrzymce, a która była transmitowana przez francuską telewizję France 2.

Wszystkie spotkania modlitewne i całą liturgię sprawowano z reguły w kilku językach, ale ponieważ otrzymaliśmy książeczki, które pozwalały śledzić przebieg liturgii, nie stanowiło to szczególnego problemu. Mszy św. w Burgos przewodniczył ks. abp Manuel Monteiro de Castro, nuncjusz apostolski w Hiszpanii, i on też miał homilię. Zarówno abp Monteiro, jak i inni w bardzo wielu wystąpieniach powracali ciągle na nowo do problemu Konstytucji europejskiej i do tego, że trudno wyobrazić sobie budowanie tożsamości europejskiej bez chrześcijaństwa, dlatego jest nie do pomyślenia, aby w Konstytucji europejskiej nie było uznania, że to chrześcijaństwo jest jednym z fundamentów dzisiejszej Europy i jej tożsamości.

Ks. abp Monteiro bardzo mocno też powiedział, że słuchamy z uwagą polityków i tych wszystkich, którzy mówią na temat chrześcijaństwa oraz uznają jego znaczenie, ale przede wszystkim chcemy widzieć fakty, a nie tylko słowa i słowa. Równie mocno wezwał do tego, abyśmy wszyscy - i tu obecni, i ci, których reprezentujemy - nie bali się świadczyć o naszej wierze.

Gdy wyszliśmy z katedry, okazało się, że do deszczu, który nam towarzyszył od momentu wyjścia z hotelu, dołączył się bardzo ostry wiatr. Wszyscy szybko pochowali się w autobusach i ruszyliśmy w dalszą drogę.


Po przebyciu około 50 km dojeżdżamy do niewielkiego miasteczka o nazwie Castrojeriz. Jest to znów świadek tych pielgrzymek aż z czasów średniowiecza, miasto bowiem powstało wokół zamku obronnego, który tutaj został wybudowany dla ochrony pielgrzymów. Dzisiaj jest to małe, malownicze miasteczko, w którym mieszka już niewielu mieszkańców.

Zostajemy przyjęci w dużej hali sportowej, gdzie możemy zjeść lunch - każdy dostaje torbę, w której są dwie duże kanapki, coś do picia i wino. Lokujemy się, gdzie się da. Jesteśmy szczęśliwi, że możemy zjeść wewnątrz budynku, dlatego że nadal jest bardzo zimno.

Stamtąd wyruszają dwie grupy pielgrzymów - jedna w dłuższą drogę (ok. 8 km), a druga w krótszą drogę (4 km), ze względu na to, że naprawdę jest bardzo zimno. Grupa, która poszła krótszą drogą, wraca do Castrojeriz, natomiast grupę, która poszła dłuższą drogą, spotykamy w następnej miejscowości.

Następny nasz punkt spotkania to Itero del Castillo, położony w odległości ok. 10 km od Castrojeriz. To też maleńka miejscowość, zbudowana nad brzegiem rzeki i pełniąca prawdopodobnie rolę opiekuna pielgrzymów i stróża pobliskiego mostu. Aby iść dalej szlakiem pielgrzymim, trzeba bowiem przekroczyć rzekę.

Zatrzymujemy się tutaj w przepięknym starym, romańskim kościółku, gdzie jest pierwsza tzw. statio, czyli modlitwa psalmami i hymnami, z medytacją, którą wygłasza nam s. Madeleine Fredell, dominikanka ze Szwecji.

Po modlitwie ruszamy dalej dwoma autobusami aż do León. Pierwszym naszym punktem jest kościół św. Izydora, gdzie mamy mieć nieszpory. Jesteśmy jak zawsze porządnie spóźnieni, dlatego też nie możemy już wejść do kościoła, gdzie są nabożeństwa przewidziane normalnym planem, tylko prowadzą nas do tzw. krypty, która w rzeczywistości jest dużą salą, ładną i dobrze wyposażoną, w krużgankach kościoła św. Izydora. Rozpoczynają się nieszpory, prowadzone przez ks. bpa Erika Vikströma, luterańskiego biskupa z Helsinek. On też ma homilię.

Po nieszporach przechodzimy do innej sali, gdzie odbywa się spotkanie z panią Mary Hanafin z Irlandii, która też należy do Konwentu Europejskiego i przedstawia nam stanowisko Irlandii, jeśli chodzi o tzw. walkę o wartości chrześcijańskie w zapisach prawnych Unii Europejskiej.

Potem mamy jeszcze czas na przyjęcie i spotkanie się z różnymi ludźmi. My z moją współtowarzyszką wychodzimy z tego przyjęcia, żeby obejrzeć przepiękny kościół św. Izydora. Jest to chyba jeden z najcenniejszych zabytków romańskich tego miasta. To kolegiata wbudowana w mury otaczające miasto. Miasto León zostało założone w 68 roku jako rzymski obóz VII Legionu, od 924 roku było głównym ogniskiem rekonkwisty i stolicą królestwa, do czasu zjednoczenia z Kastylią, gdyż wówczas dwór przeniósł się do Burgos.

Pozwolono nam jeszcze obejrzeć kryptę - tzw. Panteon królów kastylijskich, gdzie pochowanych jest około jedenastu królów, dwanaście królowych i jeszcze więcej książąt. Ten Panteon de los rejes [tzn. królewski] jest chyba jedynym w Europie zabytkiem tego rodzaju. Sama krypta jest dosyć niska, podzielona kolumnami na poszczególne nawy, natomiast sklepienia i łuki tarczowe pokrywają wspaniałe romańskie freski, pochodzące z XII wieku. Są naprawdę cudowne.

Poszłam jeszcze do wnętrza kolegiaty, gdzie było wystawienie Najświętszego Sakramentu i można się było trochę pomodlić. Po wyjściu na pięknie oświetlonych wieżach kolegiaty zobaczyłam bociana. Po raz pierwszy w życiu widziałam bociany, które osiedliły się w środku dużego i przecież hałaśliwego miasta.

Trochę zmęczeni i zmarznięci, ale szczęśliwi, idziemy w końcu do swego hotelu (spaliśmy w 3-4 hotelach). Oczywiście - kolacja i do łóżka, dobrze po północy. Minął następny dzień, piękny i cokolwiek fatygujący.

19 kwietnia

Po porannych sprawach organizacyjnych wyjeżdżamy do katedry w León, gdzie niemal zaraz rozpoczyna się Msza św., której przewodniczy węgierski kard. Peter Erdö z Esztergomu-Budapesztu. W czasie homilii powraca ponownie problem korzeni chrześcijańskich w życiu osobistym i w życiu narodów europejskich. Kardynał przypomina, że zmartwychwstanie Pana Jezusa jest fundamentem naszej nadziei, że nie wystarczy tylko, abyśmy to mówili, ale to musi być widoczne, musimy przyjąć Chrystusa zmartwychwstałego w naszych sercach i naszych wspólnotach. Europa musi być kontynentem otwartym, kontynentem pojednania, kontynentem, który włączy się w procesy globalizacyjne, ale z pozycji chrześcijaństwa. Celem naszego wspólnego życiowego pielgrzymowania, nie tylko do Santiago, jest w ostatecznym rozrachunku Chrystus naszej wiary, naszego zjednoczenia wokół Eucharystii. Musimy też walczyć z nieszczęściem podziałów, rozdarcia i pracować na rzecz pojednania. Trzeba zresztą powiedzieć, że cała pielgrzymka odbywa się pod hasłem pojednania i odbudowania jedności.

Tym razem wśród języków, których używamy w czasie liturgii, dominuje język włoski, po części niemiecki. Nie mamy zbyt wiele czasu na oglądanie wspaniałej katedry w León. Znawcy twierdzą, że jest to najwspanialsza - obok katedry w Burgos, Toledo i Sewilli - gotycka świątynia w Hiszpanii; że zarówno od strony zewnętrznej, jak i wewnątrz, swoim planem i rzeźbiarskimi dekoracjami portali przypomina najsłynniejsze francuskie katedry gotyckie w Reims, Amiens i Chartres. Jej budowę rozpoczęto w 1254 roku, a skończono sto lat później. Katedrę ozdabia największy w świecie zespół witraży, które zresztą rozświetlają w sposób fantastyczny jej wysokie wnętrze. Wierzymy, że tak jest, ale nie mogliśmy się tym nacieszyć, bo dzień był brzydki i deszczowy.

Przy katedrze jest również muzeum, ale już nie było czasu na jego zwiedzanie. Dano nam tylko trochę czasu, żeby obejść katedrę, i bardzo szybko musieliśmy ruszać dalej.

Okazało się, że nie będziemy mogli pojechać drogą zaplanowaną wcześniej, a więc do Cruz de Ferro - gdzie podobno jest miejsce pojednania i każdy składa tam na znak tego pojednania kamień (ja też przywiozłam taki kamień od nas wszystkich) - gdyż drogi prowadzące na górę są oblodzone, a na szycie jest 10 cm śniegu. Trzeba więc było zmienić trasę i z León pojechaliśmy do Astorgi.

Ta część podróży była niezaplanowana, ale może też i opatrznościowa, bo nie wiadomo, w jakim stanie byśmy z tego podróżowania po oblodzonych drogach wyszli.

Astorga także leży na tzw. srebrnej drodze, łączącej Andaluzję z Galicią i stanowiącej część drogi do Santiago. Jest to również bardzo stara miejscowość, pochodząca jeszcze z czasów rzymskich. W tamtej epoce, a więc od II wieku przed Chrystusem do ok. III wieku po Chrystusie, nosiła nazwę Augusta Asturica. Do najcenniejszych jej zabytków należy gotycka katedra, zbudowana w XV wieku, z barokową fasadą. W środku jest piękny, choć bardzo złocony główny ołtarz, jak twierdzą znawcy - arcydzieło hiszpańskiego renesansu. Muzeum zawiera wiele cennych zabytków z okresu średniowiecza, przede wszystkim o charakterze liturgicznym. Druga perła tego miasta to stojący naprzeciw pałac biskupi, który też mogliśmy obejrzeć tylko z zewnątrz.

Nasze przyjście sprowokowało trochę zamieszania, dlatego że byliśmy około południa, gdy katedra jest zamknięta, ale dla nas została otwarta i po dłuższym oczekiwaniu mogliśmy wejść do środka, aby tam odmówić tę naszą modlitwę, która nosiła nazwę: statio.

Ksiądz abp Faustino Sainz powiedział przy tej okazji do wszystkich zgromadzonych, że Astorga jest jakimś symbolem korzeni chrześcijańskich dla narodu hiszpańskiego, ale również dla całej Europy, zarówno ze względu na to, że będąc na trasie do Santiago, przez całe wieki przyjmowała pielgrzymów, jak i za cały wkład, który tutaj chrześcijanie wnieśli. W czasie tego statio krótką refleksję miała pani Hilde Kieboom ze Wspólnoty św. Idziego (Sant' Egidio), natomiast modlitwę końcową bp Antons Justs z Łotwy.

Po modlitwie zostaliśmy zaproszeni do seminarium, gdzie w refektarzu kleryków otrzymaliśmy nasz już zwyczajowy lunch, to znaczy dwie bułki, jakieś picie i wino. Każdy usiadł, gdzie mógł: przy stole lub na podłodze... takim pielgrzymim zwyczajem.


Później, choć pogoda nadal była bardzo trudna, postanowiono odbyć jednak, choć w skróconej formie, pieszą pielgrzymkę z Astorgi do pobliskiej - odległej o 5 km - osady czy wioski Morales, znajdującej się też na trasie pielgrzymki (na drodze tzw. francuskiej).

Bardzo byliśmy zadowoleni z tego, że mogliśmy tę wioskę zobaczyć. Mieszka tam ok. 10 rodzin. Stare, chylące się już chaty, przepiękny, przedromański kościółek, dosyć też już czujący na sobie skutki wieków, a na kościółku, oczywiście, bociany. Prawie jak w naszych wioskach, tak i w tamtej części Hiszpanii - gdziekolwiek człowiek się ruszył, były gniazda bocianie. Taki widok przypominający Pniewy...


Do kresu naszej pielgrzymki podjechały autobusy i dojechaliśmy do Ponferrada. To rozwijające się obecnie bardzo intensywnie ze względu na eksploatację złóż rudy żelaza miasto, powstałe w średniowieczu na drodze do Santiago.

Tutaj właśnie, poniżej tego miasteczka, płynie szeroka rzeka, którą pielgrzymi przebywali promami. Jeden z biskupów w średniowieczu podjął inicjatywę zbudowania mostu wzmocnionego żelazem i stąd się wzięła nazwa miasta. Dla ochrony tego mostu i dla ochrony pielgrzymów w XIII wieku powstał tutaj wielki, malowniczy, majestatyczny zamek templariuszy, który nadal jest w niezłym stanie.

Główne zabytki Ponferrada (o których wiemy z opowieści) mieszczą się na starówce. Należy do nich renesansowa Bazylika Santa Maria de la Encina, w której mieliśmy spotkanie modlitewne i nieszpory ekumeniczne. Przewodniczył grecki biskup prawosławny Athanasios - bardzo otwarty i uroczy człowiek.

Tym razem modliliśmy się przede wszystkim po francusku, z dużymi fragmentami śpiewów po grecku, prowadzonych przez nasz niezmordowany chór ze swoim szefem, dominikaninem z Francji.

W swoim krótkim przemówieniu w czasie nieszporów biskup Athanasios z Achai (to jest jego pełny tytuł) po przeczytaniu lekcji dziękował Bogu za to, że możemy tu być wszyscy razem, że możemy się wspólnie modlić i że możemy w ten sposób wyrazić jedność naszej wiary i wzajemną życzliwość. Podkreślił, że wspólna wiara to nie jest wiara w abstrakcyjnego Boga, ale w Jezusa Chrystusa, który był ukrzyżowany i zmartwychwstał; że ta wiara w żyjącego Boga, który jest w naszych sercach i który jest z nami, zobowiązuje nas do poszukiwania dróg pojednania, jedności i wzajemnej miłości; że jest to ważne zarówno dla nas, jak i dla naszych braci. Podkreślił bardzo, że wierzymy we wspólnego Boga - Boga, który żyje wśród nas, przy nas i w nas. Jesteśmy dla siebie tak bardzo ważni, ponieważ w każdym z nas żyje Bóg, dla każdego z nas On poświęcił samego siebie. I zakończył wezwaniem: Chrystos vanesti, a myśmy odpowiedzieli: Aldos vanesti (czyli: Chrystus zmartwychwstał - prawdziwie zmartwychwstał).

Po nieszporach zaproszono nas do miejscowego teatru, gdzie odbyły się tradycyjne spotkania. Najpierw z przedstawicielami miasta, którzy wyrazili radość, że mogą tak ważną pielgrzymkę gościć, potem przemawiali jeszcze przedstawiciele COMECE, dziękując za to, że zostaliśmy tak serdecznie przyjęci. Na koniec, spośród ważnych osób, które na każdy dzień były zaproszone, przemówił pan Alojz Peterle, były premier Słowenii, obecnie także jeden z członków Konwentu Europejskiego, przygotowującego projekt Konstytucji europejskiej. Mówił o swoich doświadczeniach, o swoim przekonaniu co do Unii Europejskiej, i zakończył odegranym na harmonijce hymnem Unii Europejskiej, czym wzbudził entuzjazm wszystkich. Podziękował mu biskup ze Słowenii i potem znów nas zaproszono na mały poczęstunek i kieliszek wina, ale myśmy już z tego zrezygnowali i poszliśmy naszą grupą do autokarów, skąd odwieziono nas do hotelu. Ponieważ z reguły mieliśmy każdego dnia około dwóch godzin opóźnienia w stosunku do programu, więc znów kolacja była po jedenastej wieczorem i koło pierwszej znaleźliśmy się w łóżkach.


20 kwietnia

Jak wspomniałam, nocleg mieliśmy w hotelach, które znajdowały się w Ponferrada. Rano, od razu po śniadaniu, ruszyliśmy autobusami do miejscowości o nazwie Villafranca del Bierzo, znajdującej się w górach. Droga wiodła przez przepiękne wzgórza, serpentyny - naturalnie w deszczu i zimnie, bo byli oni naszymi wiernymi towarzyszami.

Miejscowość ta, właściwie spore miasteczko, to następny świadek trwającego od stuleci pielgrzymowania do Santiago. Miasteczko jest położone na głównym szlaku pielgrzymkowym do Composteli. Wśród zabudowań zwracają uwagę liczne domy i budowle sprzed wieków. Wiele domów jest ozdobionych herbami, jest również masywny zamek z wieżami strzelniczymi, pochodzący z XVI wieku, dużo klasztorów, a wśród nich kolegiata, w której mieliśmy Mszę św.

Tym razem przewodniczył jej abp Amédée Grab ze Szwajcarii, przewodniczący CCEE (Rady Konferencji Episkopatów Europy). Głównym językiem liturgii był niemiecki - bp Grab mówi przede wszystkim po niemiecku - i francuski. Może warto dodać, że w czasie każdej Mszy św. odczytywano fragment Karty Ekumenicznej, która została podpisana przez przedstawicieli Kościołów chrześcijańskich 22 kwietnia 2001 roku w Strasburgu.


Po Mszy św. mieliśmy jeszcze możliwość krótkiego spaceru, dla rozprostowania nóg, po placu przed kolegiatą. Wyszło nawet słońce i z lekka się ociepliło. A potem ruszyliśmy w dalszą drogę, jeszcze wyżej, do malutkiej miejscowości - choć bardzo znanej na tamtym terenie - o nazwie: O Cebreiro. Wioska znajduje się w górach, na wysokości ponad tysiąca metrów, i jest jak gdyby jednym z głównych "wejść" do regionu Hiszpanii, noszącego nazwę: Galicia.

Osada, a właściwie wioska, w której mieszka 10, może 15 rodzin, leży na wzgórzach wschodniej Galicii, blisko granicy z prowincją León, i jest to podobno jedna z najosobliwszych wiosek na drodze do Composteli. Archeologowie twierdzą, że jest to także jeden z nielicznych już zabytków budownictwa celtyckiego jeszcze sprzed naszej ery. I rzeczywiście, oprócz domów typowych dla tych miejsc są tam również okrągłe jakby chaty-namioty, bardzo niskie, ze stromym dachem, praktycznie bez okien. W jednej z tych budowli mieści się duże muzeum etnograficzne, którego jednak nie zwiedzaliśmy.

Kościół z IX wieku stanowi jeden z zabytków preromańskiego budownictwa sakralnego. Przewodniki mówią też, że kościół ten jest najstarszym zabytkiem sakralnym na drodze do Santiago. Tam właśnie, według tradycji, w XIII lub XIV wieku dokonał się cud eucharystyczny: podczas Mszy św., sprawowanej przez księdza, który niezbyt wierzył w przemianę chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa, właśnie chleb i wino w sposób widzialny przemieniły się w Ciało i Krew. Do dziś w kościele przechowywane są: patena i kielich, które były - jak głosi tradycja - świadkami tego cudu.

Pobyt w O Cebreiro zaczęliśmy od odprawienia naszej statio, czyli modlitwy brewiarzowej. Tutaj medytację miała jedna z Polek, a modlitwę końcową ks. bp Marek Jędraszewski. Idąc śladem swoich poprzedników, ks. biskup Marek poprzedził końcową modlitwę i błogosławieństwo krótką syntezą tego, co się wydarzyło w Europie w ostatnich latach. Zakończył też słowami Ojca Świętego, który powiedział, że jedną z przyczyn upadku komunizmu był tzw. błąd antropologiczny, czyli złe pojmowanie istoty człowieka, i przestrzegł, aby w budowaniu Unii Europejskiej nie popełnić tego samego błędu.

Po modlitwie wyszliśmy wszyscy na zewnątrz. Nasz lunch był na dworze - mimo siąpiącego deszczu i dosyć chłodnego powietrza. Każdy siadał czy stawał, gdzie mógł. Otrzymaliśmy nasze dwie bułki z czymś do picia i zostało trochę czasu, żeby zobaczyć coś więcej. W samym miasteczku nie było za dużo chodzenia, 100 metrów w jedną i drugą stronę, więc - jak każdego innego dnia - te momenty wykorzystywaliśmy na kontakty, na wzajemne poznawanie się, na wymianę refleksji.

Z O Cebreiro część podróży odbyła się piechotą, ale nie 8-10 km, jak to było w planie, tylko 4 km, bo zarówno spóźnienie, które już mieliśmy, jak i fatalna pogoda sprawiły, że organizatorzy trochę nam "odpuścili".

Celem tego marszu była miejscowość o nazwie Hospital da Condesa, też znajdująca się na szlaku pielgrzymim: maleńka wioska, zamieszkała przez ludzi robiących wrażenie ludzi ciężkiej pracy i niezbyt wielkiego dobrobytu, z małym kościółkiem na pewno pamiętającym bardzo odległe czasy. Tam dojechały autobusy i stamtąd już ruszyliśmy w długą, bo liczącą ponad 200 km, drogę do Santiago.

Przed samym dojazdem do Santiago, przewidzianym na godzinę szóstą, zatrzymaliśmy się na Monte del Gozo, tzn. górze radości, z której teoretycznie można już było zobaczyć katedrę w Santiago i panoramę miasta. Niestety, ulewny deszcz sprawił, że weszliśmy na górę po to, by zrobić sobie zdjęcie przy pomniku upamiętniającym wizytę Ojca Świętego w Santiago de Compostela w 1982 roku, ale widoki na miasto mogliśmy sobie stworzyć tylko w wyobraźni.

W Santiago de Compostela zostaliśmy zakwaterowani w hotelach. Nasza polska grupa otrzymała lokum w seminarium, co było bardzo korzystne, bo mieliśmy dosłownie kilka kroków do katedry św. Jakuba.

Zaraz po zakwaterowaniu zgromadziliśmy się wszyscy na placu przy katedrze i pod wodzą księży kardynałów i biskupów, którzy cały czas towarzyszyli pielgrzymce, oraz z biskupem miejsca Juliánem Barrio Barrio przeszliśmy uroczyście przez Święte Drzwi.

W głównej nawie, naprzeciw ołtarza, w którym jest duża rzeźba św. Jakuba (ołtarz zresztą jest ufundowany nad kryptą zawierającą relikwiarz ze szczątkami św. Jakuba), miały miejsce nieszpory. Celebracji tym razem przewodniczył bp Carlos López Lozano z hiszpańskiego Kościoła reformowanego. W krótkiej homilii przypomniał wszystkim, że jesteśmy tutaj jako wyznawcy tej samej wiary, żywe kamienie, na których buduje się chrześcijaństwo w Europie; że jesteśmy powołani do tego, aby być kamieniami przyszłej Europy. Czas, co prawda, nie jest łatwy, ale musimy wsłuchiwać się w to, co dzieje się we współczesności, wsłuchiwać się w przesłanie Chrystusa, aby nieść je naszym współbraciom.

Po zakończeniu nieszporów, około godz. 21, przenieśliśmy się do pięknego gmachu naprzeciw katedry, noszącego nazwę Hostel Królów Katolickich, gdzie zostaliśmy bardzo uroczyście przyjęci przez Przewodniczącego Zarządu Galicii pana Manuela Fragę. Wszystko odbywało się w przepięknej scenerii tego starego budynku, zbudowanego z inicjatywy króla w XVI wieku jako szpital i zajazd dla pielgrzymów (stąd nazwa). Do dzisiaj przyjmuje pielgrzymów, ale obecnie jest to już hotel luksusowy. Tu odbyły się liczne przemówienia i pożegnania. Najpierw przemawiał wspomniany wyżej przewodniczący zarządu tamtejszego regionu, potem głos zabrali bp Josef Homeyer, przewodniczący COMECE, i biskup miejsca.

Po uroczystych przemówieniach zaproszono nas na lampkę wina i otrzymaliśmy w prezencie różne publikacje na temat Galicii i spraw związanych z rozwojem gospodarczym i społecznym regionu.

Około godziny 10 przenieśliśmy się wszyscy do starego klasztoru św. Franciszka, gdzie odbyła się bardzo uroczysta kolacja. Podczas kolacji znów były przemówienia i podziękowania ze strony zarządu CCEE i COMECE oraz biskupa tamtejszej diecezji. Głos zabrał też znajomy nam ksiądz abp Faustino Sainz Munoz, nuncjusz apostolski przy Unii Europejskiej w Brukseli.

Wyszłyśmy z moją towarzyszką, która się źle poczuła, ok. godz. 12, ale sądząc po odgłosach dochodzących z korytarza, cała impreza skończyła się około pierwszej w nocy.

21 kwietnia

O godz. 9 rano spotkaliśmy się wszyscy w Bazylice św. Jakuba, gdzie Mszą św. pielgrzymka została oficjalnie zakończona. Liturgii przewodniczył abp Santiago de Compostela Julián Barrio Barrio, koncelebrowali, oczywiście, wszyscy biskupi i księża obecni na pielgrzymce (około 50). Homilię wygłosił bp Josef Homeyer, przewodniczący COMECE. Podkreślił raz jeszcze różnorodność narodów tworzących Unię i jedność, wspólnotę korzeni, wiary, wspólnotę liturgii. Zachęcił wszystkich, abyśmy św. Jakubowi, który czuwa nad Europą od tylu wieków, powierzali intencje zjednoczonej Europy; aby z tej duchowej stolicy Europy płynęły siły dla budowania Europy prawdziwie zjednoczonej nie tylko od strony ekonomicznej, ale zjednoczonej w duchu.


I tak nasza pielgrzymka do Santiago de Compostela się zakończyła.

Ponieważ grupa polska nie mogła wrócić tego samego dnia (mieliśmy do wyboru: albo zrezygnować z tej bardzo ważnej Mszy św. i rano wracać do kraju, albo pozostać do następnego dnia), zdecydowaliśmy pozostać do jutra i, jeśli chodzi o mnie, to wykorzystałam popołudnie na przedłużoną modlitwę w samym sanktuarium i popatrzenie na najbliższe jego okolice. Następnego dnia poszliśmy jeszcze na Mszę św. do sanktuarium - okazało się, że trafiliśmy na Mszę św. celebrowaną w dużej mierze przez naszych kapłanów z pielgrzymki, którzy pozostawali na rozpoczynającym się 2-dniowym kongresie europejskim (22-23 kwietnia), poświęconym teologicznemu wymiarowi rozszerzenia Unii Europejskiej. Na 24 kwietnia zaplanowana była sesja plenarna COMECE, połączona z uroczystym przyjęciem do COMECE konferencji biskupów nowych krajów członkowskich UE (dotychczas uczestniczyli oni w pracach COMECE jako członkowie niestowarzyszeni).

Po Mszy św. ruszyliśmy już w drogę z Santiago do Madrytu samolotem, potem z Madrytu do Warszawy, gdzie wylądowaliśmy około siódmej wieczorem.

*****

  1. Te najważniejsze szlaki, funkcjonujące od wczesnego średniowiecza, opisał francuski kapłan Aymery de Picaud z Poitou, który odbył pielgrzymkę do Composteli w 1123 roku. Jego 5-tomowe dzieło nazwano później Codex Calixtinum.
  2.  Roncesvalles (fr. Roncevaux) znamy z omawianej wśród lektur szkolnych Pieśni o Rolandzie. Historyczny Roland, hrabia Marchii Bretońskiej, w sierpniu 778 roku, jako dowódca tylnej straży Franków, powracających z wyprawy Karola Wielkiego do Hiszpanii przeciw Omajjadom, został w wąwozie Roncesvalles w zach. Pirenejach napadnięty przez górali baskijskich i zabity wraz z całą tylną strażą. Klęska ta zmusiła Karola Wielkiego do chwilowej rezygnacji z podbojów na Półwyspie Pirenejskim. Historyczny Roland stał się w romansach średniowiecznych postacią legendarną, najsłynniejszym z paladynów Karola Wielkiego, najbardziej bohaterską postacią średniowiecza, ideałem rycerza chrześcijańskiego, o nadludzkiej sile i odwadze. Żołnierza wiernego władcy, ojczyźnie i Bogu, walczącego tylko w obronie wiary. W średniowiecznych pieśniach rycerskich, a zwłaszcza w Pieśni o Rolandzie, Roland staje się dowódcą 20-tysięcznej tylnej gwardii, która wskutek zdrady zostaje otoczona w wąwozie Roncesvalles przez 400-tysięczną armię Saracenów.
  3.  Na pocz. VIII w. nastąpiła inwazja na Hiszpanię Arabów z pn. Afryki. Klęska wojsk chrześcijańskich w 711 roku pod Jeres de la Frontera przesądziła o długim panowaniu arabskim w Hiszpanii i położyła kres królestwu wizygockiemu. Arabowie (zwani Maurami) w krótkim czasie podbili niemal całą Hiszpanię, z wyjątkiem górzystej Asturii, od której wzięła wkrótce początek walka wyzwoleńcza, tzw. rekonkwista (reconquista). Zwycięstwo Karola Młota nad Arabami w 732 roku pod Poitiers wstrzymało ich ekspansję w głąb kontynentu europejskiego. Rekonkwista przybierała na sile od IX w., z głównym ośrodkiem w Asturii, wewnętrznie wzmocniona m.in. dzięki rozwijającemu się kultowi św. Jakuba Starszego Apostoła w Santiago de Compostela. W wyniku rekonkwisty utworzono w IX-X wieku chrześcijańskie ośrodki państwowe w Galicii, Nawarze i Aragonii, a w XI w. - królestwo Kastylii i Leónu, którego król Alfons VI, dowodzący sprzymierzonymi siłami chrześcijańskimi, odniósł w 1085 roku zwycięstwo nad Maurami pod Toledo. Stopniowo usuwano ich z kolejnych terytoriów. Najdłużej (do 1492 roku) utrzymali się w królestwie Grenady.
  4.  Cyd - to mauretański przydomek rycerza kastylijskiego Rodrigo Ruy Díaz de Bivar (ok. 1030-99), zwanego przez Hiszpanów: Campeador [bojownik, rycerz, bohater]. Urodzony pod Burgos, został wysłany jako chłopiec na dwór króla Kastylii i tam pasowany na rycerza, potem mianowany dowódcą wojsk walczących z Maurami. Burzliwe dzieje - m.in. zamordowanie króla, spotwarzenie Cyda wobec nowego władcy - sprawiły, że przez pewien czas walczył w armii mauretańskich władców Saragossy. Przywrócony do łask, wsławił się m.in. zdobyciem Walencji w 1094 roku, po 9-miesięcznym oblężeniu, co powstrzymało ekspansję Almorawidów w Hiszpanii. Cantar de mío Cid (hiszp. Poemat o Cydzie) - najstarszy zachowany dokument (ok. 1140) epickiej poezji hiszpańskiej, czyni z Cyda ideał rycerstwa chrześcijańskiego i hiszpańskiego bohatera narodowego.
Czytany 2266 razy Ostatnio zmieniany wtorek, 13 sierpień 2019 11:37