![]()
Kiedy Jezus nasycił pięć tysięcy mężczyzn, zaraz przynaglił swych uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, do Betsaidy, zanim sam odprawi tłum. Rozstawszy się więc z nimi, odszedł na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, łódź była na środku jeziora, a On sam jeden na lądzie. Widząc, jak się trudzili przy wiosłowaniu, bo wiatr był im przeciwny, około czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze, i chciał ich minąć. Oni zaś, gdy Go ujrzeli kroczącego po jeziorze, myśleli, że to zjawa, i zaczęli krzyczeć. Widzieli Go bowiem wszyscy i zatrwożyli się. Lecz On zaraz przemówił do nich: «Odwagi, to Ja jestem, nie bójcie się!»
/Mk 6, 46-50/Uczniowie nie poznali Jezusa; myśleli, że zbliża się do nich zjawa, i krzyknęli z przerażenia. My również niezliczone razy czynimy to samo. Jezus przychodzi do nas często, bardzo często, lecz czyni to pod rozmaitymi postaciami – pod postacią trudnego dla nas zadania, małego upokorzenia naszej pychy, jakiegoś codziennego krzyżyka, nieprzyjemności czy bolesnych przeciwności losu. Gdybyśmy tylko umieli dobrze przypatrzeć się tym sytuacjom, przekonalibyśmy się, że pod tą nieraz ciemną i straszną zasłoną stoi sam Jezus, który się do nas zbliża. Nie trzęślibyśmy się wówczas ze strachu, lecz wyciągnęli choćby drżące ręce ku temu, co nas trwogą przejmuje. Zrozumielibyśmy, że to tylko zasłona słodkiego Jezusa, i usłyszelibyśmy te błogie słowa: „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!”. Nie bójmy się więc tych trudności, tych krzyżyków i cierpień. Jezus je osłodzi i ułatwi ich zniesienie, bo tam, gdzie On jest obecny, tam zawsze panuje bezpieczeństwo, pokój, ufność i radość.