Potem mówił do wszystkich: «Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa.
/Łk 9, 22-25/O Jezu, chcę zatracać życie mojego nędznego, ziemskiego „ja” i stopniowo umierać sobie. Oto zadanie całego mego istnienia. Z biegiem czasu muszę dojść do tego, aby móc o sobie powiedzieć: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). Ale to nie jest łatwe. Umrzeć sobie to znaczy wyrzekać się coraz usilniej, na każdym kroku, swej własnej woli, próżności, ambicji, miękkości, gadatliwości, lenistwa… To jest walka nieustanna, twarda, nieraz bardzo bolesna dla natury, ale torująca drogę w życiu duszy. A im skuteczniej to nasze „ja” obumrze, tym obficiej miłość Boża wypełni serce i Chrystus Pan stanie się życiem życia naszego.
Nosząc na piersiach krzyż – wizerunek Ukrzyżowanego – musimy pamiętać, że mamy za Jezusem krzyż dźwigać i że razem z Nim mamy być ukrzyżowani, oraz że powinniśmy rozumieć to męstwo miłości: to chętne, odważne znoszenie cierpień dla Jezusa i z Jezusem.