![]()
W dniach 25-26 kwietnia 2026 roku Koszalin stał się sercem integracji i miłości, goszcząc potomków rodu Ledóchowskich oraz setki mieszkańców na wyjątkowych obchodach ku czci naszej Patronki. Zapraszamy do relacji z wydarzenia, które udowodniło, że prawdziwa siła narodu drzemie w rękach matek i wierności ponadczasowym wartościom.
W Koszalinie w dniach 25-26 kwietnia 2026 miało miejsce szczególne wydarzenie zorganizowane przez Fundację „Zdążyć z Miłością”, której patronuje Święta Urszula Ledóchowska. Pani Prezes Małgorzata Kaweńska-Ślęzak zintegrowała całą społeczność Koszalina w przygotowaniu wydarzenia jednym hasłem: Naszą polityką jest Miłość!
Wzorem tak szeroko pojętej miłości Boga i bliźniego jest Patronka Fundacji Święta Urszula Ledóchowska. Jej charyzmat podjęty przez Fundację promieniuje na potrzebujących, a zwłaszcza samotne matki, osoby z niepełnosprawnościami i tych, którzy na różne sposoby stykają się z fundacją i jej szeroką działalnością w Koszalinie.
II Integracyjny Bieg Świętej Urszuli Ledóchowskiej obejmował:
– Spotkanie w Państwowym Archiwum w Koszalinie 25 maja, gdzie potomek rodu Ledóchowskich Jan Ledóchowski, który przybył z Wiednia wraz ze swoją najstarszą córką Marią Teresą, wygłosił wyjątkowo interesujące przemówienie.
– II Integracyjny Bieg św. Urszuli Ledóchowskiej z Piknikiem RODZINNYM oraz obchodami 750-lecia miasta Koszalina 26 kwietnia 2026. Jego uroczystego otwarcia dokonał hrabia Jan Ledóchowski, potomek Franciszki, siostry Patronki Fundacji wraz z córką Marią Teresą, którzy przybyli z Wiednia na to wydarzenie oraz hr. Maciej Starzeński z Warszawy również potomek Franciszki Ledóchowskiej.Na stronach Archiwum odnotowano:
Naszym gościem specjalnym był hrabia Jan Ledóchowski, który zabrał nas w fascynującą podróż przez ponad tysiąc lat dziejów swojego rodu. To nie była zwykła opowieść o datach – to była historia o wartościach, które budują pokolenia: tradycji, odpowiedzialności i odwadze.Mówca ukazał piękno osobowości i charakteru niektórych postaci z rodu Ledóchowskich, wiernych Bogu i tradycjom rodzinnym. Szczególnie wzruszająca była opowieść o Stanisławie Ledóchowskim, Prymasie Polski kardynale Mieczysławie Ledóchowskim, dziadku św. Urszuli Ignacym Ledóchowskim i jej rodzeństwie: Mari Teresie, Włodzimierzu, Ignacym.
Nie zabrakło też szczególnego wątku, jakim był temat matek w rodzie Ledóchowskich, a szczególnie o tak ciekawych osobach jak: matka kardynała Mieczysława Ledóchowskiego – Rozalia z domu Zakrzewska i matka św. Urszuli:
Rozalia Zakrzewska była kobietą ze stali. Istnieje słynny cytat cara na jej temat: że jest ona groźniejsza niż cała armia. Zbudowała siatkę szpiegowską wewnątrz Rosji, zbierała informacje o niesprawiedliwościach reżimu carskiego wobec katolików i dostarczała je do Watykanu, tak że papież mógł to rzucić carowi w twarz podczas wizyty.I oczywiście Izabela Salis-Zizers, matka Urszuli, Marii Teresy, Włodzimierza i Ignacego. Co za kobieta. Choć sama nie mówiła ani słowa po polsku i nie była Polką, lecz wywodziła się ze szwajcarsko-austriackiej rodziny, nauczyła swoje dzieci miłości do Polski i miłości do rodziny.
Perła naszego domu!
Tak właśnie Jan Ledóchowski określił Świętą Urszulę Ledóchowską:
I tak dochodzimy do ostatniej osoby, do, jeśli można tak powiedzieć, perły naszego domu Ledóchowskich: świętej Urszuli Ledóchowskiej.
Urszula właściwie chciała zostać misjonarką, tak jak jej siostra, wyjechać do Afryki, albo zostać franciszkanką. Z całą pewnością nie chciała zostać urszulanką. Ale okoliczności
zewnętrzne były takie, że nie stała przed nią inna droga do powołania duchownego. I tak została urszulanką w Krakowie.
Dalsza historia św. Urszuli jest bardzo dobrze znana w Fundacji Zdążyć z Miłością i coraz bardziej bliska mieszkańcom Koszalina, a zwłaszcza dzieciom oraz potrzebującym pomocy i miłości. Fundacja jest tym jasnym Promieniem rozświetlającym serca i dusze podopiecznych, wolontariuszy i prowadzących Fundację! To o odwadze, męstwie, wielkim zaangażowaniu i gorącym sercu Pani Prezes Małgorzaty Kaweńskiej – Ślęzak powiedział Jan Ledóchowski:
Takie dziedzictwo pozostawiła święta Urszula. To dziedzictwo, które do dziś żyje i rozkwita w tym zakonie, ale także w działaniach ludzi, którzy inspirują się świętą Urszulą, takich jak na przykład Małgorzata Kaweńska-Ślęzak, która w obliczu potrzeby zareagowała dokładnie tak samo jak święta Urszula, biorąc sprawy w swoje ręce i powołując do życia fundację „Zdążyć z Miłością”. I myślę, że my wszyscy musimy zadać sobie pytanie: Co my kiedyś pozostawimy po sobie, gdy umrzemy?
Nasuwa się pytanie: Jak to było możliwe, że ten duch pozostał tak żywy przez pokolenia? Ten duch podążania za obyczajami przodków, robienia wszystkiego dla nich, w duchu „Szaławy”, świętego szaleństwa.
Tajemnica tkwi w tych, o których rzadko czyta się w podręcznikach do historii. I leży to w naturze rzeczy, bo to, co ci ludzie robią, jest wysoce intymne i prywatne, nie dzieje się w sferze publicznej. A jednak to, co zrobili, w kilku nielicznych przypadkach dociera do potomności.
To matki przekazywały tradycje. I to jest także piękne i pocieszające, dla wszystkich matek tutaj na sali. I dla tych, które nimi kiedyś zostaną. I dla ojców oczywiście także. Bo jesteśmy naczyniami komunikacyjnymi. My decydujemy, co przekazujemy dalej. Możemy także zdecydować, czego nie przekazywać następnemu pokoleniu. I możemy w każdej chwili ugruntować nowe tradycje i dać naszym dzieciom „avorum respice mores”.
Bo jedno jest całkowicie pewne. I tak też chcę zakończyć, słowami świętej Urszuli Ledóchowskiej:
Przyszłość narodu nie leży w rękach polityków, lecz w rękach matek.
Bardzo Państwu dziękuję.
To była nie tylko wielka lekcja historii, ale też piękne świadectwo dwojga świeckich Małgorzaty Kaweńskiej – Ślęzak i Jana Ledóchowskiego z córką Marią Teresą, czujących i zaangażowanych w rozkrzewianie charyzmatu Świętej Urszuli Ledóchowskiej tu i teraz, w naszych czasach i obecnych realiach, zarówno w Wiedniu jak i Koszalinie!
Z serdecznym podziękowaniem!Naszą polityką jest miłość… Tak za św. Urszulą Ledóchowską coraz więcej osób powtarza, a co ważniejsze tak działa w Koszalinie. Wyrazem tego było dwudniowe wydarzenie, do którego przygotowywał się nie tylko Koszalin ale też cała Polska, a nawet echa dotarły aż do Wiednia. II Integracyjny Bieg św. Urszuli Ledóchowskiej, którego pomysłodawcą i głównym organizatorem jest Fundacja „Zdążyć z Miłością” z Koszalina, której patronuje św. Urszula, odbył się 26 kwietnia br. w pięknych okolicznościach przyrody u podnóża Góry Chełmskiej i Sanktuarium Matki Bożej Trzykroć Przedziwnej czuwającej nad mieszkańcami Pomorza Środkowego. Wstępem do tego wydarzenia był niezwykły wykład w dniu 25 kwietnia hr. Jana Ledóchowskiego, który zgodził się na przyjazd do Koszalina z Wiednia wraz z najstarszą córką Marią Teresą. Hrabia Jan, który jest pra prawnukiem Franciszki Ledóchowskiej- najmłodszej siostry św. Urszuli opowiedział o historii tej jakże wyjątkowej rodziny, przedstawiając drzewo genealogiczne rodu. Podczas wydarzenia sobotniego, jakie zgromadziło tłumy Koszalinian i nie tylko, w Archiwum Państwowym w Koszalinie, obecny był min. ordynariusz diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej bp. Krzysztof Zadarko, posłanka na Sejm RP Barbara Grygorcewicz, prezydent Koszalina Tomasz Sobieraj z małżonką, Rektor Politechniki Koszalińskiej Danuta Zawadzka, dyrektor Archiwum Państwowego Katarzyna Królczyk oraz Siostry Urszulanki SJK Mirosława Osuch, Małgorzata Bukała, Joanna Kiedrowicz, Ludmiła Świerczyna i Janina Sabat.
W niedzielę 26 kwietnia odbyła się Msza Święta w Sanktuarium na Górze Chełmskiej w intencji Jana Ledóchowskiego i jego córki oraz wszystkich uczestników biegu i pikniku rodzinnego, po której wszyscy przeszli na stadion, gdzie nastąpiło otwarcie wydarzenia.
Konkurencje biegowe w różnych grupach wiekowych zgromadziły ponad 350 uczestników w tym dzieci, kobiety, mężczyźni, osoby na wózkach i maszerujące z kijkami. Każdy startujący otrzymał medal z napisem: „Niech będę jak promyk słoneczny”, bo tak właśnie mówiła św. Urszula i tak było na stadionie, uśmiech nie schodził z twarzy uczestników podczas całego wydarzenia.
Przemówienie – Rodzina LedóchowskichMoje wielce szanowne Panie i Panowie, wielebne Siostry.
To dla mnie wielki zaszczyt, że mogę dziś przemawiać tutaj przed Państwem. Na samym początku chciałbym powiedzieć, czego dziś nie zrobię: nie będę Państwu recytował dat ani haseł z encyklopedii. To, co chcę Państwu opowiedzieć o mojej rodzinie, rodzinie Ledóchowskich, tego nie znajdą Państwo w ten sposób na Wikipedii. Chciałbym rzucić wraz z Państwem okiem za kulisy. Na te głębokie struktury i mechanizmy, które w tej rodzinie przez stulecia prowadziły do tego, że wydała ona tak wiele nadzwyczajnych osobistości. Niektóre z tych imion być może Państwo znają. Inne są mniej znane. A wiele z nich bez wątpienia zniknęło w mrokach historii, tak że dziś nikt już o nich nie wie. A jednak, oni wszyscy istnieli.
To, co mnie nurtuje, to jedno pytanie: Czym jest ten szczególny duch, który ukształtował tych ludzi?
Jestem bowiem głęboko przekonany: każda rodzina posiada własnego ducha. Wszyscy rodzice przekazują swoim dzieciom coś, co sami otrzymali od własnych rodziców. Może nie zawsze jest to dobry duch, ale nieuchronnie coś jest przekazywane dalej. Właśnie na to chciałbym dziś skierować Państwa uwagę. Chciałbym pokazać, na czym można tego ducha oprzeć, jakie osoby w ciągu wieków ucieleśniały go w sposób szczególnie egzemplaryczny, a na koniec naświetlić, jak chronili oni tę iskrę, przekazując ją z pokolenia na pokolenie. Być może podzielimy się dziś w ten sposób pewną tajemnicą, taką, którą będą Państwo mogli zabrać ze sobą do domu i zastosować u własnych dzieci.
Jak zatem nazwiemy tego ducha? Cóż, nie musimy niczego z trudem wybierać. Rodzina Ledóchowskich ma trzy (3) dewizy i one dają nam odpowiedź, jeśli tylko uważnie słuchamy.
Pierwszą z nich jest nasze zawołanie herbowe: Avorum respice mores, Bacz na obyczaje przodków.
Muszę Państwu wyznać: jako dziecko uważałem to hasło za strasznie nudne. Strasznie mieszczańskie. Brzmiało dla mnie jak wieczne upomnienie: łokcie ze stołu, siedź prosto, mów proszę i dziękuję, naucz się porządnie kłaniać. Ponadto nasuwało mi się pytanie: o jakie obyczaje właściwie chodzi? Bo to hasło może oznaczać coś w naszej rodzinie, ale w innej coś zupełnie innego. W jakiś sposób było to niesatysfakcjonujące.
Drugą dewizę można znaleźć w książeczce o „Dewizach średniowiecza”, gdzie jest ona przypisana rodzinie Ledóchowskich. Brzmi ona: Que ne ferai-je pas pour elle? – Czegoż bym dla niej nie zrobił? To zdanie podobało mi się już bardziej. Jest bardziej dramatyczne, niemal romantyczne. Od razu myśli się o rycerzu, który zrobiłby wszystko dla „niej”. A jednak pozostaje ono ostatecznie puste, dopóki nie wiadomo: Kim jest ta
„Ona”, dla której składa się każdą ofiarę? Czy to uwielbiana księżniczka? Królowa? Bogactwo? Władza? Czy może w końcu wolność, ojczyzna, Kościół, wiara i Bóg?Zatrzymajmy się więc przy tym: Bacz na obyczaje przodków. I bądź gotów zrobić wszystko dla „niej”, przy czym ta „Ona” musi być czymś, dla czego warto ponieść każdą ofiarę.
I wtedy dochodzimy do trzeciego słowa. Ono ostatecznie rozwiązuje zagadkę. Jest to nazwa naszego herbu: Szalawa. Dziś nie wiadomo już dokładnie, co to słowo pierwotnie oznaczało, ale istnieje bliskie przypuszczenie, że ma ono związek ze słowem „szalony”. Oznacza ono: szaleństwo.
Ale nie mówimy tu o jakimkolwiek obłędzie. Mówimy o świętym szaleństwie. O szaleństwie, które spala się w dążeniu do wyższego lub najwyższego dobra. Bóg! Wolność!
Zatem trzy (3) dewizy. Honoruj tradycję. Daj z siebie wszystko. I: bądź wystarczająco szalony, by naprawdę to zrobić.
Te trzy (3) dewizy przewijają się przez historię rodziny Ledóchowskich jak czerwona nić, miejmy nadzieję, że aż do dziś. A zaczynają się na samym początku, u Halki, legendarnego praojca.
W roku dziewięćset osiemdziesiątym siódmym (987) Halka służył na dworze Włodzimierza, wielkiego księcia kijowskiego. Włodzimierz był wtedy jeszcze poganinem, ale wiedział, że chcąc nie chcąc musi przyjąć jedną z wielkich religii. I tak wysłał grupę posłów, a wśród nich owego Halkę, do Konstantynopola, aby sprawdzili wiarę chrześcijańską. Gdy Halka wszedł do Hagia Sophia i uczestniczył w boskiej liturgii, uwierzył, że jest w niebie.
Jednak po powrocie na zimną Ruś za swoją nową wiarę zebrał tylko kpinki i drwiny. Trzej (3) bojarzy naśmiewali się z niego. Co byłoby rozsądne? Skulić głowę. Porozmawiać wkrótce z wielkim księciem, po cichu go przekonać, że to chrześcijaństwo to dobry pomysł. Budować sieci kontaktów, szukać współmyślących, przy czym nie rzucać się zbytnio w oczy. Lecz Halka zrobił coś szalonego. Wyciągnął swój miecz, nakreślił krąg w ziemi i wyzwał wszystkich trzech (3) jednocześnie na pojedynek. Oni natychmiast na to przystali, pewni zwycięstwa. A jednak Halka wyszedł z tej walki zwycięsko. Wielki książę Włodzimierz, pod wrażeniem tej gorliwości, nadał Halce pierwszy chrześcijański herb Rusi: koło z trzema (3) krzyżami. Szalawa. A Halka odtąd nazywany był także Nawrotinskim, nawrócicielem. To był pierwszy akt owego świętego szaleństwa.
W następnych stuleciach wiele rzeczy gubi się w mrokach historii. Tu i ówdzie pojawiają się potomkowie Halki. Rafał Halka służył pod Bolesławem Chrobrym. Teodor Halka był w trzynastym (XIII) wieku wojewodą kijowskim, Piotr Halka był ruskim hetmanem około tysiąc trzechsetnego (1300) roku, Iwan i Wacław Halka brali udział w bitwie pod Grunwaldem i w starych dokumentach są już wymieniani jako „Szalwicze z Ledochowa”,
zanim w końcu w piętnastym (XV) wieku potomek o imieniu Nestor Halka otrzymał od króla Jagiełły miejscowość Ledóchów także oficjalnie i przyjął nazwisko Nestor Ledóchowski. Tym samym Ledóchowscy, noszący to nazwisko, weszli na scenę historii. Od tego momentu ciągnie się nieprzerwana linia przodków aż do dziś.Początkowo była to skromna szlachta lokalna. W starych aktach można zaobserwować, jak Ledóchowscy powoli i systematycznie zwiększali swoje wpływy i zamożność, w szesnastym (XVI) wieku są oni w królewskich dokumentach tytułowani jako „Comites”, czyli hrabiowie, aczkolwiek bez szczególnego wyróżniania się na tle innych rodzin szlacheckich. Aż do momentu, gdy na scenę wkroczyła osoba, która zmieniła wszystko: Stanisław Ledóchowski.
Stanisław przyszedł na świat w tysiąc sześćset sześćdziesiątym szóstym (1666) roku w szczególnym domu. Jego ojciec Stefan w tysiąc sześćset czterdziestym ósmym (1648) roku, podczas walki z Kozakami i Tatarami w trakcie powstania Chmielnickiego, dostał się do niewoli. Przez dwa (2) lata znajdował się w rękach Tatarów, którzy słynęli z okrucieństwa, z jakim trzymali swoich więźniów. Ostatecznie został wykupiony przez rodzinę za ogromny okup. Stefan piął się w górę, został zaufanym króla, był posłem na dworze w Konstantynopolu i u Rosjan, negocjował pokój w Andruszowie, został kasztelanem bracławskim, potem wołyńskim, i tym samym był pierwszym Ledóchowskim, który dostąpił godności senatorskiej w Rzeczypospolitej.Stanisław był jednym z młodszych synów. Nie odziedziczył urzędu po ojcu, lecz piastował skromne stanowisko: podkomorzego krzemienieckiego, ponieważ przyjmował tylko te urzędy, na które został wolno wybrany, a nie mianowania przez króla. A jednak za tym człowiekiem kryło się znacznie więcej, niż pozwalał przypuszczać ten skromny urząd. Miał on za sobą błyskotliwą karierę wojskową, która rozpoczęła się w tysiąc sześćset osiemdziesiątym trzecim (1683) roku pod Wiedniem. Gdyż w tysiąc siedemset pierwszym (1701) roku został wybrany marszałkiem Trybunału Koronnego, najwyższego sądu całej Rzeczypospolitej. Zazwyczaj urzędy te piastowali senatorowie i magnaci. Dlaczego więc on, człowiek o niskiej randze? Ponieważ w całej Polsce był znany z cechy, która w polityce zdarza się rzadko: z nieprzekupnej skromności. Nigdy nie dał się kupić. Nie był niczyim sługą, tylko sługą Rzeczypospolitej i jej wolności. A dzięki swojemu sędziowaniu jego sława rosła jeszcze bardziej, jako jednego z ostatnich szlachetnych Sarmatów, którzy utrzymywali przy życiu dawne cnoty Rzeczypospolitej.
I w końcu nadszedł moment, w którym wezwał go cały naród. W tysiąc siedemset piętnastym (1715) roku król August Mocny przebrał miarę. Sprowadził do Polski dziesiątki tysięcy wojsk saskich, aby zabezpieczyć swoje absolutystyczne roszczenia do władzy. Ci Sasi przeciągali przez kraj, plądrując i mordując. Tak powstała konfederacja tarnogrodzka, w której zjednoczyła się cała szlachta, aby postawić granice temu królowi i jego grabieżcom. A marszałkiem tej konfederacji został nikt inny jak ów Stanisław Ledóchowski. Jako marszałek skupił w swoich rękach dyktatorskie pełnomocnictwa. Uwięził obu hetmanów, akt nie do pomyślenia. Zainwestował cały swój prywatny
majątek, czterysta tysięcy (400 000) złotych, ogromną sumę, za to można było wyposażyć dziesięć tysięcy (10 000) żołnierzy i opłacać ich przez cały rok (1), którzy w całym kraju przywoływali do porządku saskich grabieżców.Podczas „Sejmu Niemego” w Warszawie zawarto ostatecznie pokój i uzgodniono nowe traktaty. W tym momencie Stanisław Ledóchowski trzymał w swoich rękach absolutną władzę w kraju. Wtedy zrobił coś szalonego. Coś, co u kronikarzy wywołało ogromne zdumienie.
Erazm Otwinowski pisał wówczas jako mu współczesny: „Niechaj wieki potomne szacują cnotę i rzetelność tego wielkiego męża. Miał tak potężne regimen w swym ręku… miał władzę hetmańską, bo mu się wojska podawały do komendy… miał władzę kanclerską, bo pieczęć jego tyle co i królewska ważyła. Wszystkie intraty całej Rzeczypospolitej miał w swej dyspozycji; a przecież żaden nałóg nie wmieszał się w tego męża, chociaż mu i berło w konfederacji ofiarowano; a gdyby był w tymże czasie król umarł, pierwsze vota miałby do tronu… Pokazał co to jest cnota, kiedy odrzuciwszy wszelkie prywaty, szczerze Rzeczypospolitej do końca służył. Gdyby to na kogo innego padło, wątpię, żeby w tym stopniu i w takiej potędze będąc, nie zapomniał o cnocie i na swoją nie obrócił korzyść.”
Zrobił to, co obiecał. Zagarnął tę władzę, wbrew wolności, aby wolność zabezpieczyć. I w momencie, gdy jego cel został osiągnięty, ustąpił. Został znowu podkomorzym krzemienieckim. Dopiero w ostatnim roku życia, na prośbę ludu, został jeszcze raz mianowany wojewodą.
Lecz jak spędził te ostatnie lata? To również było szalone. Nie w stolicy, nie w blasku władzy. Nie. Pisał wiersze i komponował pieśni maryjne. Pieśni, które długo po jego śmierci śpiewano jeszcze na Wołyniu. Przeszedł do historii jako ktoś, kto przed nikim nie ugiął kolan, prócz Boga. Jako być może ostatni prawdziwy Sarmata, który utrzymywał przy życiu cnoty dawnej Rzeczypospolitej.
Jakiś czas później spotykamy generała Ignacego Ledóchowskiego. Był inwalidą, chodził o kulach, rosyjska kula armatnia zmiażdżyła mu nogę w wojnach napoleońskich. Służył on w tysiąc osiemset trzydziestym (1830) roku w Warszawie i dowodził Arsenałem, jako oficer w służbie cara. Gdy w Sejmie jego kuzyn Jan Ledóchowski wzniósł okrzyk: Koniec z carem Mikołajem! – i tym samym wprawił w ruch detronizację cara, Ignacy musiał podjąć decyzję. Opowiedział się przeciwko swoim carskim zwierzchnikom. Otworzył Arsenał dla mieszkańców Warszawy i wydał im broń. Z rewolty oficerów powstało w ten sposób powstanie narodowe. Został komendantem twierdzy Modlin.
I tak historia potoczyła się dalej. Wojska carskie krok po kroku pokonywały powstańczych Polaków, a pierścień wokół Modlina zaciskał się coraz mocniej. Ignacy trwał. Bronił twierdzy i nie poddawał się. Dopiero gdy padły ostatnie punkty oporu in Polsce, złożył broń. Gdy rosyjski generał zapytał go, dlaczego tak długo wytrwał,
odpowiedział: Najlepszym powodem, by się nie poddawać, było to, że mogłem wytrzymać aż do teraz.Z jakiegoś powodu Rosjanie uszanowali jego męstwo i zaoferowali mu pensję w wysokości kilku tysięcy rubli, aby mógł godnie spędzić jesień życia. Można by powiedzieć: stoczył sprawiedliwą walkę, dał z siebie wszystko, zaryzykował życie i przegrał, teraz trzeba wyciągnąć z tego to, co najlepsze. Ale nie. Ignacy zrobił coś szalonego. I odpowiedział w tym duchu: Zabraliście mi nogę. Zabraliście mi ojczyznę. Zabraliście mi wolność. A teraz chcecie jeszcze kupić mój honor za kilka tysięcy rubli? Nie. Nie jestem na sprzedaż. Wolę żyć w ubóstwie, niż dać się kupić.
I tak też uczynił. Jesień życia spędził jako pobożny starzec w klasztorze dominikanów w Podkamieniu. Szaleństwo!
Następnym, który się wyróżniał, był Mieczysław Ledóchowski, późniejszy prymas Polski, arcybiskup gnieźnieńsko-poznański, kardynał i prefekt Kongregacji Rozkrzewiania Wiary (Propaganda Fide) w Watykanie. Przyszedł na świat w Górkach w Polsce pod zaborami rosyjskimi, w wieku osiemnastu (18) lat wyjechał do Rzymu i stał się tam wzorem rzymskiego prałata. Studiował teologię i prawo, został kapelanem dworskim papieża i wszedł na drogę dyplomatyczną. Najpierw był posłem w Lizbonie, potem delegatem apostolskim w Kolumbii, gdzie ledwo uniknął zamachu. W końcu został nuncjuszem na dworze w Brukseli.
I wtedy zwolniła się stolica arcybiskupia w Gnieźnie i Poznaniu. Trzeba wiedzieć: prymas Polski był „Interreksem”, tym, który tradycyjnie po śmierci króla, a przed wyborem nowego, kierował sprawami państwa. W czasie zaborów był on tym samym prawowitym przedstawicielem właściwego króla Polski. Polacy tęsknili za patriotą na stolicy świętego Wojciecha. A Prusacy i Bismarck za wszelką cenę chcieli temu zapobiec.
Gdy papież po długich wahaniach wprowadził do gry arcybiskupa Ledóchowskiego, w Berlinie strzelały korki od szampana. To był idealny człowiek. Tak, nie Niemiec, co byłoby im milsze, ale Polakiem też nie był, tak się wydawało. Mówiono, że po polsku mówi z włoskim akcentem. Nie miał nic wspólnego z polskim patriotyzmem. Był na wskroś człowiekiem lojalnym wobec prawowitego zwierzchnika i niewrażliwym na narodowe namiętności.
I rzeczywiście: w pierwszych latach plan się udawał. Zręczny, gładki dyplomata był arcybiskupem w smaku Prus. Pozwalał państwu działać i szedł na wiele kompromisów. Lecz wtedy Bismarck popełnił błąd. Źle ocenił Ledóchowskiego. Ponieważ Mieczysław szanował kompetencje państwa, Bismarck myślał, że arcybiskup jest słabym człowiekiem. Lecz wtedy Bismarck popełnił błąd, ingerując w kompetencje Kościoła. I gdy w końcu chciał wymusić, aby nawet w szkołach ludowych lekcje religii nie mogły odbywać się po polsku, przekroczył granicę.
Co byłoby rozsądne? Jakoś się ułożyć. W ścisłym sensie wypełniać swoje zadanie jako biskupa, dbać o zbawienie duszyczek, a poza tym sprawować swój wysoki urząd najlepiej jak to możliwe. Lecz Mieczysław zrobił coś szalonego. Powiedział: Non possumus. Tego zrobić nie możemy.
I Prusacy zareagowali. Przegrywał proces za procesem. Musiał płacić karę za karę. Konfiskowano jego majątek, meble, budynki. W końcu groziła mu kara więzienia. Najpóźniej wtedy byłby moment, by powiedzieć: ustępujemy. Albo opuszcza się diecezję i kieruje nią z zagranicy. Lecz także wtedy Mieczysław zrobił coś szalonego. Ten wysoki książę Kościoła powiedział: Jakże mógłbym opuścić moją owczarnię w tym momencie? I poszedł do więzienia. Kiedy po raz ostatni arcybiskup w Niemczech siedział w więzieniu? Dwa (2) lata spędził za kratami. I podczas tego uwięzienia został wyniesiony do godności kardynalskiej.
Bismarck z dyplomaty uczynił męczennika, biskupa wyznawcę. Opór nie tylko w Polsce, ale i wśród katolickich Niemców wzrósł niepomiernie. A gdy jeszcze jego kuzyn, który był feldmarszałkiem w Austrii, wykorzystał swoje wpływy na dworze cesarskim, Bismarck ustąpił i Ledóchowski został uwolniony.
Musimy zadać sobie pytanie: Co my byśmy zrobili w takim momencie? Gdy grozi nam więzienie? Czy jesteśmy gotowi zrobić wszystko dla „Niej”, dla wiary i dla wolności?
Przyjrzyjmy się teraz komuś, kto prawdopodobnie wielu nie jest znany: Józefowi Ledóchowskiemu. Mieszkał w Wiedniu, chodził do gimnazjum ojców benedyktynów w Kremsmünster i ukończył Akademię Wojskową z wyróżnieniem. Został młodym oficerem w Sztabie Generalnym. Trzeba przy tym wiedzieć: każdy młody oficer marzył o tym, by zostać przyjętym do Sztabu Generalnego, był to niemal nieosiągalnie wysoki cel. A Józef nie był tylko tym. Był także adiutantem wszechpotężnego szefa Sztabu Generalnego von Becka, meteorologiem Sztabu Generalnego i znakomitym jeźdźcem. Nawet cesarz Franciszek Józef wypowiadał się o nim z wielkim szacunkiem. Cesarz dokładnie wiedział, kim są Ledóchowscy, w końcu jego ulubionym wychowawcą na dworze cesarskim jako dziecka był Tymoteusz Ledóchowski, brat owego feldmarszałka, który wstawił się za kardynałem Mieczysławem, gdy ten był w niewoli.
Józef Ledóchowski miał wszystko. Był także znany jako bardzo wierzący katolik, co w armii austro-węgierskiej nie było przeszkodą. Dopóki nią się stało.
Gdy jego dobry przyjaciel, margrabia Tacoli, odmówił wzięcia udziału w pojedynku – z powodów sumienia, ponieważ Kościół surowo zakazał pojedynków – Tacoli zwrócił się do Ledóchowskiego, bo wsparcie wpływowego oficera Sztabu Generalnego bardzo mu się przydało. I Józef wypowiedział się publicznie: że jest to nie tylko zabronione przez prawo, ale także niemoralne i jako katolikowi niemożliwe jest branie udziału w pojedynku.Piekło rozpętało się. Sztab Generalny, inni oficerowie uznali, że unikanie pojedynku to tchórzostwo i działanie przeciwko obowiązkom stanu. Sam cesarz stwierdził, że jego oficerowie nie mogą być tchórzami. Zażądano od Józefa, by wycofał swoje poparcie dla Tacolego. Józef odpowiedział: Nie będę przestrzegał obowiązków stanu, które są sprzeczne z prawem i z moją wiarą katolicką.
I tak stracił, na trzy (3) tygodnie przed upływem jego dwunastoletniej (12) służby, która uprawniałaby go do roszczeń emerytalnych, swoje stanowisko. Został zdegradowany. Bezhonorowo usunięty z wojska. Pozbawiony środków do życia. I zapłacił znacznie wyższą cenę niż margrabia Tacoli, który nie był oficerem zawodowym. Józef postawił całą swoją egzystencję cywilną na szalę dla swojej wiary. Według ludzkiej miary: całkowicie szalone.
Dopiero gdy błogosławiony cesarz Karol doszedł do władzy w tysiąc dziewięćset szesnastym (1916) roku, Józef Ledóchowski został ułaskawiony i przywrócony do urzędów i godności. Adiutantem cesarza Karola był kuzyn Józefa: Włodzimierz Ledóchowski.
Czy bylibyśmy gotowi poświęcić swój zawód i stać się pośmiewiskiem w oczach naszych przyjaciół z powodu naszego sumienia? To byłoby szaleństwo.
I potem, następne pokolenie. Czworo (4) rodzeństwa, z których każde na swój sposób zmieniło świat.
Przyjrzyjmy się najpierw błogosławionej Marii Teresie Ledóchowskiej. Była damą dworu na dworze księżnej Toskanii w Salzburgu. I tam została skonfrontowana z niewyobrażalną niesprawiedliwością: niewolnictwem w Afryce. Spróbujmy znaleźć coś porównywalnego w naszych czasach. Czy wiedzieli Państwo, że handel dziećmi w celu sprzedaży ich jako niewolników seksualnych obraca miliardami? Niektórzy wierzą, że większymi niż handel narkotykami. Te dzieci żyją rok (1) lub dwa (2) lata, zanim umrą z powodu maltretowania. To jest nie do zniesienia. I gdy się to słyszy, jest się wdzięcznym organizacjom pomocowym, którym chętnie przekazuje się datki. To byłaby normalna reakcja. Ale wiedzą Państwo, co byłoby szalone? Gdyby rzucić cały swój plan na życie, dobrą pozycję, którą się ma, wszystko to wywrócić do góry nogami i powiedzieć: poświęcam życie już tylko tej walce. I nie robi się tego samemu, ale buduje gigantyczną organizację.Dokładnie to zrobiła Maria Teresa. Zaczęła pisać pod pseudonimem Aleksander Halka, tak jak jej przodek! Artykuły w gazetach, komentarze, sztuki teatralne, książki, aby wstrząsnąć ludźmi. Kupiła wielką posiadłość w Salzburgu i zbudowała tam drukarnie, jako kobieta w dziewiętnastym (XIX) wieku. Jej czasopismo miało nakład czterystu tysięcy (400 000) egzemplarzy. Podróżowała po Europie, wygłaszała odczyty z przezroczami i używała najnowocześniejszych metod, by uświadomić Europejczykom, co dzieje się w Afryce. Zgromadziła wokół siebie kobiety, założyła Sodalicję św. Piotra
Klawera, a z tego powstały ostatecznie Siostry Misjonarki św. Piotra Klawera. Z jednej kobiety powstał cały zakon. Szalone? Tak. Ale niewiarygodnie skuteczne.Potem jej brat Włodzimierz Ledóchowski. Chodził do szkoły w Theresianum w Wiedniu, elitarnej szkoły cesarstwa, założonej przez Marię Teresę. Każdy, kto później miał zostać generałem, ministrem lub kimś istotnym w kraju, uczęszczał do tej szkoły. A Włodzimierz był błyskotliwym dzieckiem. Ukończył ją nie tylko z wyróżnieniem, ale otrzymał Medal Cesarski za wybitne osiągnięcia, odznaczenie przyznawane bardzo rzadko. Wszystko stało przed nim otworem. Zaczął studiować prawo i myślał o dyplomacji. Był ochmistrzem na dworze cesarskim Franciszka Józefa. Znał władzę z bliska. Wiedział, co władza robi z ludźmi.
I wtedy napisał do swojego najlepszego przyjaciela, księcia Windisch-Graetza, list: Zostanę księdzem. Bo inaczej boję się, że musiałbym rządzić, a to nie byłoby dobre dla mojej duszy. To, co we władzy było tak atrakcyjne, skłoniło go do tego, by jej nie chcieć, lecz chcieć służyć. W tym upodobnił się do swojego przodka Stanisława Ledóchowskiego: nie szukał władzy. A jednak ją dzierżył, jako generał zakonu jezuitów, tak zwany czarny papież, który sprawował urząd od tysiąc dziewięćset piętnastego (1915) do tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego (1942) roku i miał niewiarygodny wpływ na Kościół, wspierając papieży w sposób istotny w walce z narodowym socjalizmem.
Inny brat: generał Ignacy Ledóchowski. Oczywiście nie był zainteresowany powołaniem zakonnym. Obrał klasyczną drogę wojskową i był człowiekiem bardzo twardym. Człowiekiem bardzo zdyscyplinowanym, z bardzo twardą skorupą. Prowadził w domu „regiment”, co sprawiało wręcz komiczne wrażenie. Jako oficer artylerii, jak już jego dziadek, Ignacy Ledóchowski Pierwszy, wyznawał w czasie pierwszej (I) wojny światowej pogląd: oficer cesarsko-królewski nie okazuje emocji, nie okazuje strachu. I podczas gdy jego żołnierze przy ostrzale artyleryjskim chowali się w okopach, on stał nieruchomo, nieustraszony, i obserwował wroga przez lornetkę.
Lecz pod tą twardą skorupą płonął ogień. List do jego żony Pauliny ujawnia to: w tysiąc dziewięćset piętnastym (1915) roku, na froncie wschodnim, jego wojska biorą do niewoli wrogiego rosyjskiego oficera. Dumny, niedostępny, twardy. Ignacy go przesłuchuje. I wtedy obaj zdają sobie sprawę: obaj są Polakami. I ci dwaj twardzi, dumni mężczyźni wybuchają płaczem. Byli zmuszeni brać udział w bratobójczej wojnie, za obce imperia. W tym samym roku Ignacy poznał także Józefa Piłsudskiego i zaprosił go na kolację. Pisał swojej żonie, jak wielkie wrażenie zrobiła na nim siła tego człowieka, ten ogień, który nosił w sobie dla wolnej Polski.
Gdy po pierwszej (I) wojnie światowej powstała Polska, Ignacy został generałem artylerii i brał istotny udział w tak zwanym Cudzie nad Wisłą, obronie Warszawy, Polski i całej Europy przed bolszewizmem. Stał u szczytu sławy, otrzymał order Virtuti Militari i francuską Legię Honorową.
Lecz wtedy nadszedł moment, gdy Józef Piłsudski postanowił poprzez pucz wojskowy zagarnąć władzę. Sytuacja była trudna, młoda, niedojrzała demokracja dochodziła do swoich granic, a Piłsudski był silnym człowiekiem w państwie. Wiemy: Ignacy uwielbiał tego człowieka. Byłoby tylko rozsądne go wesprzeć. Lecz Ignacy zrobił coś szalonego. Powiedział: Przysięgałem na konstytucję, nie na człowieka. I w następnych dniach przeczytał o swoim zwolnieniu w gazecie.
To złamało tego starszego już człowieka. Wycofał się do swojego małego majątku ziemskiego i zapewne myślał, że jego największy czas jest już za nim. W tym się mylił.
Gdy bowiem rozpoczęła się niemiecka okupacja, uciekł do Lipnicy Murowanej i został członkiem Armii Krajowej. Jako stary generał, już po siedemdziesiątce, wspierał ruch oporu swoją wiedzą strategiczną i był silną postacią przywódczą. Gdy Gestapo zwęszyło sprawę, polski ruch oporu go ostrzegł. Powinien uciekać, do lasów. Lecz on powiedział: Jakże mógłbym uciekać? Moja żona jest zbyt stara i zbyt chora. Nie mogę jej zabrać ze sobą. A jeśli ją zostawię, Niemcy ją aresztują i będą torturować. Zostaję tutaj.
Został aresztowany. Jego dawni kameradzi z czasów monarchii austro-węgierskiej i liczni austriaccy krewni wstawiali się za nim u Gestapo. Mówili: Spójrzcie, to jest stary, już zagubiony człowiek, wysoko odznaczony przez Austriaków za pierwszą (I) wojnę światową. Mówi lepiej po niemiecku niż po polsku. Puśćcie go wolno. I Gestapo poszło do Ignacego i powiedziało: Jeśli da nam Pan swoje słowo honoru oficera, że nie jest Pan w Armii Krajowej, puścimy Pana wolno.
Teraz pytam Państwa, moje Panie i Panowie: Czy to jest w porządku, okłamać Gestapo i SS? Myślę, że byłoby to całkowicie normalne. Lecz on zrobił coś, co było szalone. Powiedział: Nie mogę powiedzieć prawdy. Ale kłamać też nie będę. Jednak daję wam moje słowo honoru oficera, że jestem oficerem Armii Krajowej. I nic więcej ze mnie nie wyciągniecie.Został osadzony w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen, a później przeniesiony do Dora-Mittelbau. Tam był znany z tego, że dzielił się swoimi skromnymi racjami z młodszymi więźniami, którzy mieli jeszcze przed sobą przyszłość. A gdy w końcu zachorował na zapalenie płuc, jego dawni austriaccy przyjaciele zorganizowali ratujący życie zastrzyk. Lekarz chciał mu podać iniekcję. I Ignacy znów zrobił coś szalonego. Powiedział: Nie. Zachowajcie to dla kogoś młodszego. Dla kogoś, na kogo czeka żona i małe dzieci. Jestem zbyt stary, moje życie jest za mną.
I tak zmarł śmiercią męczeńską, godząc się na własną śmierć, by dać innym szansę na życie. Czy bylibyśmy gotowi złożyć taką ofiarę?
I tak dochodzimy do ostatniej osoby, do, jeśli można tak powiedzieć, perły naszego domu Ledóchowskich: świętej Urszuli Ledóchowskiej.
Urszula właściwie chciała zostać misjonarką, tak jak jej siostra, wyjechać do Afryki, albo zostać franciszkanką. Z całą pewnością nie chciała zostać urszulanką. Ale okoliczności
zewnętrzne były takie, że nie stała przed nią inna droga do powołania duchownego. I tak została urszulanką w Krakowie. Jednak będąc mądrą, inteligentną i silną w przywódstwie, bardzo szybko została przełożoną i pozostała nią przez długi czas.Właściwie, mając około czterdziestu pięciu (45) lat, można by powiedzieć: siedziała w „ułożonym gnieździe”. Przełożona starego, wielkiego domu. Najnormalniejszą rzeczą na świecie byłoby tam zostać i kontynuować wszystko na miejscu najlepiej jak to możliwe. Lecz wtedy zrobiła coś szalonego. Wyjechała do Petersburga, by tam w tajemnicy prowadzić życie zakonne i szkołę. Trzeba wiedzieć: katolickie klasztory były w carskiej Rosji zakazane. Ochrana ich śledziła, żyli w ciągłym niebezpieczeństwie przyłapania, kary sięgały aż po zesłanie na Syberię. Urszula opuściła swoją strefę komfortu i stała się kimś w rodzaju zakonnicy działającej pod przykryciem i tajnej agentki, w ciągłej grze w kotka i myszkę z rosyjską tajną policją.
Gdy w tysiąc dziewięćset czternastym (1914) roku wybuchła wojna, jako obywatelka austriacka została wyrzucona z kraju i wylądowała praktycznie bez środków do życia w Skandynawii, bez grosza w kieszeni. Co byłoby normalne? Mogła wrócić do Krakowa, do swojego starego klasztoru. Mogła pojechać do Rzymu, do swojej siostry, która w międzyczasie była znakomicie skontaktowana z Ojcem Świętym. Mogła pojechać do Austrii, do swoich krewnych. Całkowicie szalone natomiast było to, by zostać in Skandynawii, gdzie nikogo nie znała, nie mówiła w tych językach, gdzie panował protestantyzm i gdzie życie zakonne właściwie nie było możliwe.
I zrobiła dokładnie to. Mało tego. Nauczyła się w najkrótszym czasie duńskiego, szwedzkiego i norweskiego, i mówiła tym samym po niemiecku, francusku, polsku, rosyjsku, fińsku, włosku i właśnie teraz także w tych językach. Podróżowała po całym kraju, wygłaszała odczyty o strasznej sytuacji Polaków, zbierała datki dla sierot wojennych. A gdy zgłosił się do niej ksiądz i zwrócił jej uwagę na to, że w duńskim Aalborgu jest bardzo wiele polskich sierot wojennych, dzieci polskich robotników sezonowych, które ci zostawili, to najnormalniejsze byłoby powiedzieć: Mogę coś księdzu podarować, mogę spróbować w czymś pośredniczyć. Nienormalne było powiedzieć: Przyjeżdżam, przejmuję to, buduję sierociniec. Bez pieniędzy.
Dokładnie to zrobiła. Jakby z niczego, jako najlepsza fundraiserka świata, stworzyła tam sierociniec i dała tym dzieciom dom. A gdy Polska w końcu stała się niepodległa i wolna, przeprowadziła się z dziećmi do Pniew. Tam powstał, po tej długiej historii, jej nowy zakon z pnia urszulańskiego, Urszulanki Szare, Serce Jezusa Konającego.
Lecz najpiękniejsze z życia świętej Urszuli może nastąpiło po jej śmierci. Jej największy triumf. Wyposażyła swoje siostry w wyjątkowe charyzmaty. Zahartowane czasem w Rosji, w ciągłym pojedynku z Ochraną, wyszkolone w konspiracyjnym myśleniu, a jednocześnie w owym charyzmacie uśmiechu. Uśmiechu, który miał nieść pociechę. Uśmiechu, który budzi zaufanie. Uśmiechu, który być może przykrywa własny strach, by móc dawać nadzieję drugiemu człowiekowi.
Wszystko to wyposażyło siostry w najmroczniejszym czasie Europy do tego, by czynić to, co słuszne. Być bohaterami. Zrobić coś szalonego. Czy wiedzieli Państwo, że zakon urszulankek jest jednym z zaledwie dwóch (2) zakonów w Polsce, w którym istniało polecenie przełożonych, by ratować żydowskie dzieci? Wiele sióstr zakonnych w Polsce ratowało życie żydowskim dzieciom, ale tylko urszulanki i franciszkanki robiły to na wyraźne polecenie. I robiły to z ogromnym sukcesem. Uratowały dziesiątki, prawdopodobnie znacznie więcej, nie prowadzono o tym akt, szmuglowały dzieci z gett, wyposażały je w fałzywe papiery i umieszczały w sierocińcach. A gdy tylko Gestapo lub SS pojawiało się na horyzoncie, była tam mała szara siostrzyczka, która przyjmowała ich z uśmiechem, a w rzeczywistości była tajną agentką. I podczas gdy ta uśmiechnięta siostra rozmawiała na przedzie z Gestapo lub SS, inne potajemnie wyprowadzały zagrożone dzieci z domu i przewoziły je w bezpieczne miejsce.
Takie dziedzictwo pozostawiła święta Urszula. To dziedzictwo, które do dziś żyje i rozkwita w tym zakonie, ale także w działaniach ludzi, którzy inspirują się świętą Urszulą, takich jak na przykład Małgorzata Kaweńska-Ślęzak, która w obliczu potrzeby zareagowała dokładnie tak samo jak święta Urszula, biorąc sprawy w swoje ręce i powołując do życia fundację „Zdążyć z Miłością”. I myślę, że my wszyscy musimy zadać sobie pytanie: Co my kiedyś pozostawimy po sobie, gdy umrzemy?
Nasuwa się pytanie: Jak to było możliwe, że ten duch pozostał tak żywy przez pokolenia? Ten duch podążania za obyczajami przodków, robienia wszystkiego dla nich, w duchu „Szalawy”, świętego szaleństwa.
Tajemnica tkwi w tych, o których rzadko czyta się w podręcznikach do historii. I leży to w naturze rzeczy, bo to, co ci ludzie robią, jest wysoce intymne i prywatne, nie dzieje się w sferze publicznej. A jednak to, co zrobili, w kilku nielicznych przypadkach dociera do potomności.To były matki.
O dwóch (2) matkach wiemy, co zrobiły. Przy mianowaniu Mieczysława Ledóchowskiego na arcybiskupa gnieźnieńsko-poznańskiego Bismarck powinien był lepiej przyjrzeć się jego matce, zanim pozwolił strzelać korkom od szampana.
Rozalia Zakrzewska była kobietą ze stali. Istnieje słynny cytat cara na jej temat: że jest ona groźniejsza niż cała armia. Zbudowała siatkę szpiegowską wewnątrz Rosji, zbierała informacje o niesprawiedliwościach reżimu carskiego wobec katolików i dostarczała je do Watykanu, tak że papież mógł to rzucić carowi w twarz podczas wizyty. Ostatecznie została wydalona z kraju, tak jak później jej syn Mieczysław z pruskiej części Polski.
Jakże wyglądały modlitwy wieczorne w tej rodzinie? Jakie były rozmowy przy obiedzie? Wiemy: gdy przy chrzcie biskup stwierdził, że Mieczysław nie jest imieniem chrześcijańskim, Rozalia miała powiedzieć: Zatem on będzie pierwszym świętym o tym imieniu. I powiedziała także, że nie ma większego pragnienia, niż by jej syn zmarł jako
misjonarz. To nie jest życzenie śmierci matki dla syna. To jest pragnienie matki, aby jej syn wiedział, za co warto umrzeć, bo wtedy wie się także, po co warto żyć.I oczywiście Izabela Salis-Zizers, matka Urszuli, Marii Teresy, Włodzimierza i Ignacego. Co za kobieta. Choć sama nie mówiła ani słowa po polsku i nie była Polką, lecz wywodziła się ze szwajcarsko-austriackiej rodziny, nauczyła swoje dzieci miłości do Polski i miłości do rodziny.
Jak wyglądały wieczory w tej rodzinie? Każdego wieczoru prosiła męża, by zgromadzili się pod portretem Ignacego Ledóchowskiego, obrońcy Modlina, i opowiadali dzieciom, jakich bohaterskich czynów dokonał ten człowiek. I gdy dzieci stały przed trudną sytuacją, radziła im, całkowicie w duchu „Avorum respice mores”, by spojrzały na swoich przodków i zapytały siebie: Co bohater, obrońca Modlina, zrobiłby w tej sytuacji? Tak z portretu na ścianie zrodziła się żywa miara dla każdej decyzji życiowej.
Jednak Izabela nie uczyła tylko słowem. Dzieci piszą, że często zaskakiwały matkę, gdy samotnie na kolanach była zatopiona w modlitwie. Żyła tym, czego nauczała. I tak zaszczepiła tego ducha tak głęboko w sercach swoich dzieci, że nawet jedno z nich napisało o niej książkę, o „Matce Świętych”.
To matki przekazywały tradycje. I to jest także piękne i pocieszające, dla wszystkich matek tutaj na sali. I dla tych, które nimi kiedyś zostaną. I dla ojców oczywiście także. Bo jesteśmy naczyniami komunikacyjnymi. My decydujemy, co przekazujemy dalej. Możemy także zdecydować, czego nie przekazywać następnemu pokoleniu. I możemy w każdej chwili ugruntować nowe tradycje i dać naszym dzieciom „avorum respice mores”.
Bo jedno jest całkowicie pewne. I tak też chcę zakończyć, słowami świętej Urszuli Ledóchowskiej:
Przyszłość narodu nie leży w rękach polityków, lecz w rękach matek.
Bardzo Państwu dziękuję.