wtorek, 11 kwiecień 2017 14:54

Z kroniki Zgromadzenia

17 kwietnia 1937 - Złoty jubileusz życia zakonnego św. Urszuli

Dzień 17 kwietnia jest w życiu św. Urszuli szczególnym dniem nie tylko z tej racji, że jest to dzień urodzin – 17 kwietnia 1865 roku. W tym dniu miały miejsce również obłóczyny Julii w klasztorze urszulanek w Krakowie – 17 kwietnia 1887 roku. Młoda zakonnica otrzymała wtedy habit urszulański i welon oraz nowe imię – Maria Urszula. W 1937 roku zaś matka Urszula obchodziła w tym dniu w Pniewach 50-lecie życia zakonnego...

Przypadają dzisiaj więc dwie rocznice – 130. rocznica obłóczyn i 80. rocznica jubileuszu życia zakonnego. Wspominając o obłóczynach młodej Julii, możemy sięgnąć po jeden z listów, który w owym czasie napisała do swojej przyjaciółki Ilse von Düring:

Mam Ci do zakomunikowania to, że w niedzielę 17 tego miesiąca otrzymam biały welon. Mama, Maria Teresa, cała moja rodzina będzie obecna na moich obłóczynach. Nie możesz sobie wyobrazić, jak bardzo się cieszę! Będę wtedy naprawdę oblubienicą Pana, stanę się Jego, całkiem niepodzielnie Jego! Będę w tym dniu modlić się za Ciebie, za Waszą księżnę, za wszystkich Twoich. Czyż mój Ukochany mógłby mi w tym dniu czegoś odmówić! A szczególnie przez Maryję, moją Matkę, chcę za Ciebie i za księżnę się modlić. Gdy nikt nie potrafi pomóc, pomoże Maryja.  
(do Ilse von Düring, 13.4.1887)

Jubileusz 50-lecia życia zakonnego matki Urszuli był w Pniewach wielkim wydarzeniem, większym niż pragnęła sama Jubilatka. Refleksje matki Urszuli o dniu 17 kwietnia 1937 roku tak bardzo przypominają słowa, którymi określiła niegdyś siebie samą i swoją postawę wobec Pana Boga i Jego planów: Byłam tylko pionkiem na szachownicy…

Matuchna chciała, by ten jubileusz przeszedł cichutko, bez hałasu, bez rozgłosu, ale okazało się niestety, że nawet taka przełożona, o której w swoim czasie małe dzieci w pensjonacie krakowskim orzekły: „Przełożona to taka zakonnica, co może robić wszystko co chce: nawet szyby wybić” – nie zawsze swoją wolę przeprowadza. Nawet przełożona generalna nie zawsze może mieć swoją wolę i kochające córki duchowne umieją, mimo ścisłego posłuszeństwa, przeskoczyć przez wolę biednej, starej Matuchny i swoją wolę przeprowadzić!

I piszą, i mówią, i zapraszają, i szyją kostiumy, i pieką torty, i szykują lampiony – i to wszystko, aby podziękować Matuchnie, że raczyła nie mniej, nie więcej jak 50 lat żyć w klasztorze! Jak gdyby to od Matuchny zależało!  No, niech tam, niech się bawią, bo to wszystko z dobrego serca i Matuchna to ocenia i wdzięczna za to jest swoim dzieciom, że starą kochają – ale pragnę wam, dzieciom drogim, olafitkom moim wytłumaczyć, jak bym chciała, byście się na ten jubileusz zapatrywały.

Z pewnością jest to niemała łaska, gdy Bóg pozwala biednej, nędznej duszy żyć 50 lat w Jego domu – i za to należy się Panu dziękować z głębi serca, bo On życie daje, bo życie nasze w Jego ręku i włosek nie spadnie z naszej głowy bez Jego woli. Wszak Pan Jezus sam powiedział: „I kto z was obmyślając, może przydać do wzrostu swego łokieć jeden?” (Mt 6. 27). A skoro nikt tego nie potrafi, to jeszcze mniej może dać sobie choć jeden rok życia. Więc nie zasługą Matuchny jest, że tak długo żyje, tylko łaską Bożą – i za to, olafitki moje, razem ze mną, choć z daleka, odmówcie jedno Magnificat Bogu na podziękowanie.

A dalej – wyliczą wam wszystko, co Matuchna zrobiła. Ale Matuchna musi być sprawiedliwą i rozumnie tłumaczyć, że sama przecież nic by nie zrobiła, gdyby nie miała przy sobie swych kochanych sióstr, które co rok więcej pomagają, bardziej „prześladują” i chętnie by starą pod klosz wsadziły, gdyby swoją drogą nie miała jeszcze dość sił, by się nie dać! Więc nie tylko Matuchnie, ale wszystkim jej wiernym pomocnicom należy się wdzięczność za to trochę dobrego, co się zrobiło przez czas naszej wspólnej wędrówki po tym łez padole, na którym jednak dobrze się żyje, gdy można z wielkim św. Bernardem wołać: „O jak słodko, jak błogo żyć z braćmi – a w naszym przypadku z siostrami – społem”.

A potem jeszcze jedno wam powiem. Prawda, przez 50 lat dużo się zrobiło, ale to fakt, że we wszystkich ważniejszych pracach Zgromadzenia, które „niby” – bo jubileusz – Matuchnie się przypisuje, właściwie nigdy nie szło według woli mojej. Ja chciałam „tak”, a Bóg zupełnie inaczej sprawą pokierował, tak, iż mogę liczyć na to, że jak „tak” postanawiam, to przyjdzie coś takiego, co inny obrót sprawie nadaje, i co jasno każe poznać, że Bóg kieruje sprawami Zgromadzenia. A to właśnie jest największą pociechą, największą siłą móc sobie powiedzieć: „Bóg kieruje, Bóg działa, Bóg rządzi – On Panem, Właścicielem i Mistrzem Zgromadzenia naszego, używa swego małego stworzenia według woli swojej – byleby wiedziało, że jest tylko narzędziem w ręku Pana, a On tym narzędziem się posługuje, jak sam chce”. (…)
Matka Urszula w Dzwonku św. Olafa, 1937/2, s. 26-27

Co się działo wtedy w Pniewach? O tym na stronie Sanktuarium…

 

Czytany 1405 razy Ostatnio zmieniany niedziela, 16 kwiecień 2017 15:16