piątek, 09 marzec 2012 21:05

2001 - „Wspólnota domowa środowiskiem braterstwa” – referat wygłoszony podczas sympozjum u Księży Zmartwychwstańców w Krakowie

m. Jolanta Olech
Sympozjum u Zmartwychwstańców
W Krakowie
2001

 

WSPÓLNOTA DOMOWA ŚRODOWISKIEM BRATERSTWA[1]

 

Moja wypowiedź jest ostatnią na tym sympozjum poświęconym w całości communio consecrata – wspólnocie życia konsekrowanego. Niemal wszystko ze spraw poruszonych odnosi się w dużej mierze właśnie do wspólnoty domowej, wspólnoty lokalnej. Podejmuję jednak ten temat przede wszystkim jako refleksję, a nie referat. Pragnę bardziej podzielić się pewnymi przemyśleniami i doświadczeniami niż rozwinąć zadany temat w sposób systematyczny.

Wiemy dobrze, że określenie naszych zakonnych domów jako wspólnotę braterską jest dziś określeniem obligatoryjnym, choć dość „młodym” lub raczej odmłodzonym po wiekach. Streszcza w sobie w pewnym stopniu teologię i duchowość posoborowej wizji życia konsekrowanego w jego wymiarze wspól­notowym i co do jego miejsca w Kościele. Nie ma więc (a przynajmniej nie powinno być) innej wspólnoty zakonnej jak braterska/siostrzana. Określenie braterska jest bowiem jej rozpoznawczym znakiem i weryfikatorem. Kto mówi, że miłuje Boga, i to tak bardzo, że oddaje Mu całe życie, nie może nie miłować człowieka, szczególnie tego, który żyje obok. Co więcej, można postawić znak równości między wspólnotą a braterstwem. Słowo koinonia występujące w Dziejach Apostolskich, gdy mowa o pierwszych wspólnotach chrześcijańskich, bywa tłumaczone jako wspólnota (w tekstach polskich), ale też jako unione fraterna (jedność braterska), jak np. w TOB[2]. Tak więc nasze wspólnoty domo­we, aby mogły wpisać się w najgłębszą tradycję wspólnot chrześcijańskich, z natury swej powinny być „braterskie”. Dokument Stolicy Apostolskiej Congregavit nos in unum... podkreśla to, pisząc o życiu braterskim we wspólnocie.

Oczywiście, położenie tak mocnego akcentu na braterstwo nie oznacza, że zanikają wszystkie inne elementy domu zakonnego, wspólnoty miejsca i życia, struktury organizacyjnej, podziału zadań, obowiązków i potrzeb itp. Znane jednak tradycyjnej teologii pojęcie domu zakonnego zostało przez tę odnowioną teologię wchłonięte i podporządkowane.

 

Przemiany

Na takie spojrzenie na życie wspólne, na dość radykalną zmianę akcentów (od domu zakonnego do braterskiej wspólnoty) mają wpływ wielkie przemiany, jakie dokonały się po Soborze Watykańskim II. Była o tym mowa w poprzednich referatach, tutaj pragnę jednak wspomnieć o niektórych:

– Przemiany w Kościele, szczególnie nowa, a raczej odnowiona eklezjologia, postrzegająca Kościół jako tajemnicę komunii i świętości, a życie konsekrowane w sercu tej tajemnicy.

– Przemiany w świecie, czasem bardzo radykalne, charakteryzujące się procesami demokratyzacji i liberalizacji życia; zmiana spojrzenia na człowieka i jego prawa; pojęcie wolności i równości, przynajmniej w teorii; sprzeciw wobec władzy i pragnienie uczestniczenia tam, gdzie są podejmowane decyzje, procesy sekularyzacyjne, kwestia kobieca, „wychowawcza” rola mass-mediów i wiele innych, których nie sposób tutaj wymienić. Jesteśmy dziećmi swego czasu i to wszystko, czym żyje świat, przenika i ma wpływ na nasze myślenie i działanie.

– Przemiany w życiu zakonnym, które wiążą się w integralny sposób z tym, co dzieje się w Kościele i w świecie. Można zaryzykować stwierdzenie, że w odniesieniu do życia wspólnotowego rozpoczęły się one na długo przed Soborem i miały związek z wybuchem darów Ducha Świętego, jakimi niewątpliwie były bardzo liczne zgromadzenia zakonne, szczególnie żeńskie (nowe lub przekształcające się z form monastycznych), powstałe w XIX i XX wieku, mające formę zgromadzeń tzw. czynnych, zaangażowanych apostolsko. To właśnie zaangażowanie apostolskie prowadziło do uproszczenia form życia wspólnego, rytmu modlitwy, wzajemnych relacji, form zależności związanych ze ślubem posłuszeństwa. Nie oznaczało to odejścia od duchowości, co więcej, jak pisała bł. Urszula Ledóchowska do swych sióstr, „im bardziej intensywne życie apostolskie, tym głębsze i mocniejsze powinno być życie duchowe”. Po Soborze jednak nastąpiło gwałtowne przyspieszenie tych przemian. W imię nowych idei rozpoczęły się poszukiwania i eksperymentowanie, kierowane niekiedy wizją człowieka i jego miejsca we wspólnocie odpowiadającą bardziej tendencjom świeckim (mówiąc w skrócie) niż specyfiką życia konsekrowanego. W rezultacie modele tradycyjne zostały zakwestionowane, nowe – prezentowały rozwiązania trudne do przyjęcia i w konsekwencji o krótkim żywocie. Nasiliły się procesy sekularyzacji i autosekularyzacji. W różnych krajach natężenie i drogi tych poszukiwań miały inny przebieg i inną intensywność, i nie wszystkie prowadziły do negatywnych skutków. Dokonało się w naszym życiu bardzo wiele i bardzo wartościowych przemian. Sądzę jednak, że procesy te nie są jeszcze zakończone (i być może nie należy oczekiwać zbyt szybko nowego okresu stabilizacji). Dziś może lepiej wiemy, jakiego życia konsekrowanego pragniemy, o jakich wspólnotach marzymy, ale jednocześnie nie do końca potrafimy je budować, a może czasem brak nam odwagi i determinacji. Napisano wiele książek, postawiono wiele diagnoz, zarysowano porywające wizje, ale ciągle jesteśmy w drodze...

 

Wspólnota zakonna

Jest nam dana przez Boga razem z powołaniem. Jesteśmy powołani nie do życia konsekrowanego w ogóle, ale do konkretnej wspólnoty – z jej charyzmatem, tradycją, historią, które określają również i moją tożsamość jako osoby konsekrowanej. Jednocześnie wybór nie należy do mnie; nie ja sobie wybrałam w ostatecznym rozrachunku tę właśnie rodzinę zakonną, do której należę, lecz Bóg każdego z nas wybrał i umieścił tam, gdzie On sam chciał (historia naszych powołań byłaby doskonałym i barwnym potwierdzeniem tej prawdy), abyśmy owocowali. Wspólnota jest więc darem danym mi z wysoka, a ja jestem darem dla wspólnoty, pochodzącym z tego samego Źródła; razem zaś – jesteśmy darem dla Kościoła. Wydaje się bardzo ważne, aby – szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy tak mocne są tendencje do rewindykacji i domagania się swego – odzyskać i odbudować w naszej świadomości ten wymiar daru i wdzięczności za dar.

Wspólnota domowa, lokalna, jest uprzywilejowanym środowiskiem naszego życia we wszystkich jego wymiarach i naszego wzrastania. W niej, razem z naszymi braćmi i siostrami w Chrystusie, dojrzewamy sami i pomagamy sobie wzajemnie we wzrastaniu w wymiarze ludzkim, duchowym i apostolskim. Nasze zanurzenie we wspólnocie ma charakter całościowy i obejmuje całego człowieka. Im bardziej jest świadome i całościowe, im mniej staram się zostawiać dla siebie „własnych” spraw i pozostawać poza i im większa identyfikacja ze wspólnotą w tym, co zasadnicze, tym pełniejszy staje się dar, o którym była mowa, i tym bardziej udane życie.

 

Wspólnota życia braterskiego

By wspólnota mogła harmonijnie i owocnie żyć, musi być świadoma swej istoty, sensu; musi mieć przed oczyma, w konkrecie życia, na co dzień (a nie tylko od święta) właściwą wizję, określającą jej cel i drogę do przebycia. Używam celowo słowa „wizja”, aby teoretyczna wiedza o tym, jaka powinna być i czemu ma służyć wspólnota, szła w parze z przylgnięciem osobistym do tej wizji, z zaangażowaniem, z pragnieniem, aby się ona realizowała, z tęsknotą za idealną wspólnotą. Takimi wizjonerami byli nasi założyciele. Wiedzieli, do czego Bóg ich powołał, przylgnęli do tego wezwania całym sobą i znajdowali środki, aby to Boże wezwanie skutecznie realizować. Tak więc wspólnota żyje i wypełnia swą misję, gdy ma jasną wizję swej tożsamości i misji, gdy poszukuje właściwych i skutecznych środków osiągania celu i umie określać i ustawiać swą strukturę tak, by służyła ona tym celom.

Gdy rozpoczyna się proces obumierania wspólnot, najpierw najczęściej zatraca się klarowność wizji (zaczynamy szukać, czasem desperacko, tożsamości nie poprzez powracanie do źródeł biblijnych i charyzmatycznych, ale biegając po opłotkach cudzych myśli, teorii, czasem charyzmatów). Potem następuje odejście (nie rewizja, która często bywa konieczna) od sprawdzonych środków (męczą formy wspólnej modlitwy, nużą spotkania wspólne, nie bawią wspólne rekreacje, przeszkadza habit, wspólne ustalenia „zniewalają” itp.). Na końcu pozostaje tylko struktura...

Wizja, o której mowa, musi być oparta na mocnych i zdrowych fundamentach, które każde pokolenie i każdy z nas musi niejako „przerobić” na fundamenty własnego życia, a więc poznać, umacniać, pogłębiać i przekładać w ustawicznym trudzie na konkret codziennego dnia. Najważniejsze z tych fundamentów to:

– Fundament wiary. Należymy do tych, którzy widzieli Pana i uwierzyli, że On jest Mesjaszem. Gromadzi nas w jedno wiara w Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego i miłość ku Niemu (congregavit nos in unum...), a wzorem, modelem, archetypem życia wspólnotowego jest Trójca Święta. Jesteśmy „ludem zgromadzonym przez jedność Ojca, Syna i Ducha Świętego”[3], mocą miłości rozlanej przez Ducha[4], dziećmi w Ojcu i współbraćmi w Chrystusie. Wspólnota zakonna powstaje, rodzi się i rozwija na fundamencie wiary i, jak przypomina Vita consecrata (p. 40), staje się „wymownym wyznaniem wiary trynitarnej”.

– Fundament ewangeliczny. Punktem odniesienia dla wspólnot życia konsekrowanego była od zawsze wspólnota uczniów Chrystusa, braci i sióstr według ducha, którzy ze względu na wiarę w Niego, wspólne powołanie i misję, dobrowolnie przyjęte, żyli razem, słuchając Chrystusowej nauki, naśladując Jego życie i uczestnicząc w misji. Ośrodkiem wspólnoty jest Jezus Chrystus, który powołuje do siebie tych, których sam wybrał, którzy ten wybór przyjęli i – dopowiada św. Łukasz – „opuścili wszystko, by pójść za Jezusem”[5]. Uczniowie po odejściu Pana żyją we wspólnotach, których opis odnajdujemy w Dziejach Apostolskich, w znanych każdemu sumariuszach. Łącząc elementy tych sumariuszy, otrzymujemy pewną idealną wizję wspólnoty chrześcijańskiej: ci, którzy uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne; trwali w nauce Apostołów, we wspólnocie (w jedności braterskiej), w łamaniu chleba, w modlitwie, z Maryją, Matką Jezusa; ożywiał ich jeden duch i jedno serce; żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, nikt nie cierpiał niedostatku, każdemu też rozdzielano według potrzeby[6]. Według egzegetów[7] w oryginale użyty jest czas imperfectum, który podkreśla ciągłość działania – nie tylko tak było, ale tak jest dziś! Mowa bowiem nie tylko o przeszłości, pięknej i niedościgłej, ale o wspólnocie Kościoła wszystkich czasów, o „dziś” Kościoła poprzez wieki. Odnosi się to do każdej wspólnoty chrześcijańskiej, tym bardziej więc do naszych wspólnot, które pragną być wspólnotami uczniów bardziej z bliska idących za Panem.

– Fundament eklezjalny. Dokumenty kościelne mówią, że życie konsekrowane jest w sercu Kościoła, wyraża jego naturę (tajemnica, wspólnota, komunia jako charakterystyka wspólnotowości, misja); jest darem dla Kościoła, jego uprzywilejowaną częścią[8], realizacją wizji Kościoła-komunii, a osoby konsekrowane mają być mistrzami i nauczycielami komunii[9]. W tej perspektywie życie wspólne – braterska komunia sama w sobie staje się ewangelizacją, misją. To tylko niektóre sformułowania, aby przypomnieć o tym, że jesteśmy w Kościele i dla Kościoła i że wymiar eklezjalny jest jak busola w życiu wspólnoty: wskazuje właściwy kierunek i pokazuje możliwe odchylenia od niego.

– Wreszcie fundament charyzmatyczny, związany z tożsamością instytutu, do którego należymy, nadający każdej wspólnocie specyfikę, koloryt, melodię, na którą „jest grane” codzienne życie. Ta specyfika jest zapisana w naszych regułach i konstytucjach, aktualizowana i przeżywana przez kolejne pokolenia, tworząc w ten sposób tradycję instytutu (a w mniejszym wymiarze – każdej wspólnoty). Ogromną rolę w spoistości całego instytutu zakonnego, a w konsekwencji także w życiu każdej wspólnoty, odgrywa, o czym wspomniano już wcześniej, osoba i dziedzictwo duchowe pozostawione przez założycieli. Dla spoistości wspólnoty jest bardzo potrzebne systematyczne i przemyślane dążenie do tego, aby siostry czy bracia pogłębiali swój osobisty związek z założycielami i aby byli oni w duchowy sposób obecni w życiu wspólnoty.

Właściwa wizja sensu i celu istnienia wspólnoty i jej zadań powinna być stale obecna w życiu jej członków. Trzeba do niej powracać, wspólnie omawiać, szukać sposobów wyrażania jej tu i dziś. W ten sposób inspiruje ona i wskazuje konkretne wybory w naszym życiu wspólnotowym i właściwą hierarchię, ukierunkowuje decyzje dotyczące różnych dziedzin i jest stałym punktem odniesienia, gdy pytamy samych siebie, czy jesteśmy na właściwej drodze. Dlatego dobrze jest ciągle na nowo szukać odpowiedzi na pytanie, czy jest ona obecna w moim życiu osobistym i w życiu wspólnoty, i szukać form jej ożywiania, aby miłość do Pana Boga, do Kościoła, do własnego zgromadzenia nie gasła i aby być prawdziwie zdolnym „do budowania braterskiej wspólnoty w Chrystusie”[10].

Potrzeba klarownej wizji odnosi się do każdego członka wspólnoty, ale może w sposób szczególny do przełożonych, którzy otrzymują misję przewodzenia wspólnocie.

Poprzedni referat w wyczerpujący sposób mówił o roli przełożonych, o sposobie sprawowania władzy, o formach współuczestnictwa i pomocniczości, które pozostają w służbie budowania komunii. Przy okazji zadanego mi tematu pragnę zwrócić uwagę tylko na niektóre aspekty sprawowania władzy właśnie w służbie braterstwa.

 

Przełożony lokalny

Otrzymuje władzę „od Boga przez posługę Kościoła”[11] i ma obowiązek wykonywać ją w duchu służby, pojmowanej jednak nie tylko jako zwykłe posługiwanie w codzienności, ale służba współbraciom i całej wspólnocie w „rozwijaniu życia duchowego, wspólnotowego i apostolskiego”[12] i w budowaniu braterskiej „wspólnoty, w której szuka się i miłuje nade wszystko Boga”[13]. Władza ta, według myśli Kościoła, nie jest władzą nad człowiekiem, ale władzą w służbie drugiemu człowiekowi. Przełożony, by wypełnić swą misję, powinien więc sam być w pewnym sensie ekspertem w rozumieniu celów wspólnoty, mistrzem w interpretowaniu wspólnych celów, przykładem przylgnięcia do nich i tym, który towarzyszy i wspomaga w ich osiąganiu. Od przełożonego oczekuje się, aby był promotorem jedności we wspólnocie, aby był ojcem i bratem (matką i siostrą); aby starał się o tworzenie właściwego klimatu, utrzymywał równowagę między różnymi dziedzinami życia (modlitwa i praca, apostolstwo i formacja, obowiązki i odpoczynek), ukazywał horyzonty i zachęcał do gorliwości, promował harmonijną współpracę, umożliwiał współuczestniczenie i zachęcał do niego (każda wspólnota ma wypracowane odpowiednie formy współuczestniczenia); aby zachęcał do podejmowania odpowiedzialności za dobro wspólne; by był człowiekiem dialogu i stwarzał okazję do spotkań; by starał się o postawę mediatora w sytuacjach napięć i konfliktów; dodawał odwagi i nadziei, nie tracił cierpliwości i zaufania do Bożej pomocy w naszych wspólnych wysiłkach.

Przełożony powinien sprawować swą funkcję tak, aby pobudzać do dobrowolnego posłuszeństwa w poszanowaniu godności i wolności. Musi być jednak człowiekiem zdolnym do podejmowania decyzji i doprowadzania do ich wykonania, aby nie czynić posłuszeństwa pustym[14]. Powinien umieć dawać zadania, dzielić odpowiedzialność i mieć odwagę z nich „rozliczyć”. Poszanowanie form uczestniczenia współbraci w podejmowaniu decyzji (współpraca z radą, formy konsultacji i współuczestniczenia) musi iść w parze z jasną wizją własnych zadań i kompetencji. Zarówno typ autokratyczny, jak i ten, który na wszystko pozwala, są dla wspólnoty cierpieniem, a czasem wręcz zagrożeniem. Władza zbyt mocna może prowadzić do zaniku inicjatywy i ducha współodpowiedzialności; władza słaba rodzi pokusę do tworzenia frakcji, powstawania nieformalnych „ośrodków władzy” i walki o „wpływy”.

 

Budowanie braterskiej wspólnoty

Budowanie wspólnoty dokonuje się w codzienności. Tworzy się przede wszystkim i pogłębia:

– We wspólnocie modlitwy i wiary. Centralne miejsce zajmuje oczywiście Eucharystia, sprawowana jako codzienne święto wspólnoty, dobrze przygotowana i przeżyta. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, że nie zawsze jest to możliwe i że coraz więcej naszych wspólnot żeńskich nie ma wspólnej Mszy św. we własnym domu. Ale ważne jest, abyśmy tak właśnie to przeżywali i byli świadomi znaczenia sprawowania Eucharystii[15] i adoracji Najświętszego Sakramentu, który z woli Kościoła może być przechowywany i adorowany nawet w najmniejszej z naszych wspólnot. Ważnym momentem dnia jest liturgia godzin, poprzez którą łączymy się z całym Kościołem i jesteśmy ikoną modlącego się Kościoła. Nasze modlitwy wspólne są związane najczęściej z tradycjami i wrażliwością poszczególnych zgromadzeń na wielkie potrzeby świata i Kościoła.

Wydaje się ogromnie ważne, aby wspólna modlitwa zachowywała świeżość i swój wspólnototwórczy charakter; aby nie skostnieć i nie sformalizować tego, co stanowi serce wspólnoty; aby nie sprowadzić wszystkiego do formy i obowiązku, uświęconego tylko nakazem. Jest ogromnie ważne, aby zachować tradycję, a jednocześnie otwierać się mądrze na nowe formy wyrazu, aby spotkanie modlitewne wspólnoty było radością, a nie tylko obowiązkiem.

W okresie posoborowym został położony duży nacisk na osobiste i wspólne czytanie słowa Bożego i dzielenie się nim. Mamy już wiele w tej dziedzinie doświadczeń i pomocy. Uczy nas to dzielenia się naszym osobistym przeżywaniem spotkania ze Słowem.

Ważną rolę w budowaniu wspólnoty braterskiej ma też wzajemna pomoc w duchowym dojrzewaniu. Sposoby towarzyszenia duchowego jedni drugim mogą przybierać różne formy, często spontaniczne. Otwierają nas one wzajemnie na siebie, pozwalają poznać się i zrozumieć, umacniają braterstwo w Chrystusie. W tej perspektywie widzę wielką rolę zdrowych i dobrych przyjaźni w klasztorze; rolę osób starszych, wspomagających swym doświadczeniem młodszego brata czy siostrę.

– We wspólnocie codziennego życia. Ogromną rolę dla harmonii we wspólnocie ma dobra organizacja, szczególnie we wspólnotach większych: „przyjazny” plan dnia i tygodnia, podział zadań, jasność kompetencji, dobra, szybka i możliwie pełna informacja. W wielu naszych wspólnotach wypracowano odpowiednie formy organizacyjne, które zabezpieczają harmonię codziennego życia, różnorodność zadań apostolskich, a jednocześnie starają się dawać każdemu szansę na uczestniczenie przynajmniej w niektórych aktach życia wspólnego. Potrzebna jest elastyczność, ale i troska o to, aby szczególnie osoby spędzające ze względu na pracę dużo czasu poza wspólnotą nie wyobcowały się, nie zeszły na margines. Służą temu alternatywne plany dnia, szczególnie w dużych wspólnotach. Właściwa i przejrzysta informacja daje poczucie współuczestniczenia i bezpieczeństwa.

Wychowanie wzajemne do poszanowania wspólnych zwyczajów, reguł, ustaleń, decyzji podjętych przez wspólnotę tworzy klimat rodzinny, poczucie przynależności, pewnej swojskości, w której każdy wie, jak ma się „poruszać”. Oczywiście, nie likwiduje to wszystkich okazji do napięć i trudności, ale je przynajmniej ogranicza. W dyskusjach o życiu wspólnym zwykle wiele miejsca zajmuje dobre wychowanie. Problem ten urasta czasem do wysokiej rangi w rozmowach o tym, jak żyć lepiej i w większej harmonii we wspólnocie. Sądzę, że wiąże się to z niektórymi procesami przynajmniej do niedawna obserwowanymi w otaczającym nas świecie (waga spontaniczności i „wyzwolenia” z narzuconych ograniczeń, nieporadność wynikająca z rezygnacji rodziców z roli wychowawców, rola środowisk rówieśniczych, subkultury młodzieżowe), ale także z rezygnacją w wielu przypadkach z tego, co nazywaliśmy zwyczajami w naszych środowiskach, a które często były właśnie zasadami, określającymi życie we wspólnocie z poszanowaniem drugiego człowieka.

Odchodzimy, już od wielu lat, od pewnego modelu strukturalnego naszych wspólnot, z dość sztywnym podziałem zadań i prac. To odchodzenie wiąże się niewątpliwie z przemianami modelu życia wspólnego, szczególnie w zgromadzeniach żeńskich, ale też ze zmianą składu naszych wspólnot i zmniejszającą się liczbą powołań. Nie znam sytuacji wspólnot męskich, choć, jak sądzę, także i w nich istnieje zwiększona potrzeba samoobsługi i obsłużenia wspólnoty. Wychowanie się wzajemnie do modelu współuczestniczenia obejmuje nie tylko sprawy związane z decyzjami i programowaniem, ale może przede wszystkim jest wychowaniem do podejmowania wspólnej odpowiedzialności za całość naszego życia. Wspólnoty małe mają w tym bardzo duże i pozytywne doświadczenia, wspólnoty większe idą ku temu modelowi i niezależnie od wszystkich tęsknot za tym, co było, i napięć związanych z przebijaniem się nowej formy życia jest to proces nieodwracalny: przechodzimy do modelu „kobiety pracującej”, która wraca do domu z ważnych zajęć i podejmuje troskę o sprawy bytowe całej wspólnoty współsióstr i własne. To także przybliża nas i czyni solidarnymi z kobietami naszych czasów. Nie byłoby dobrze, gdybyśmy w imię „apostolskości” byli obsługiwani przez osoby świeckie, choć niewątpliwie w wielu dziedzinach naszego życia pomoc świeckich jest ogromnie potrzebna.

– Troska o słuszne potrzeby współsióstr i współbraci we wspólnocie. Podkreśliłam słowo „słuszne”, ponieważ potrzeby nie weryfikowane przez wymogi konsekracji łatwo wymykają się nam spod kontroli. Wspólnota, a w niej przede wszystkim przełożony i osoby upoważnione, mają obowiązek troski o to, aby każdy otrzymał według potrzeby i nikt nie cierpiał niedostatku zarówno w sensie materialnym, jak i duchowym. Poziom życia materialnego naszych wspólnot wzrósł znacznie i troszczymy się na ogół o to, aby możliwie niczego nam nie brakowało. Istnieje, oczywiście, niebezpieczeństwo przekroczenia pewnych granic, poza którymi zostaje wystawione na szwank nasze świadectwo życia w ewangelicznym ubóstwie. Istnieje też niebezpieczeństwo uznawania przez poszczególne osoby, a czasem i całe wspólnoty, takiej interpretacji „słusznych potrzeb”, która odbiega daleko od ubogiego stylu życia i tworzy postawy roszczeniowe co do jego poziomu (mieszkanie, wypoczynek, leczenie, środki do pracy), co może rodzić poważne problemy. Każda wspólnota musi dokonywać tu uczciwego i prawdziwego rozeznania. Jest to trudniejsze w dziedzinie potrzeb duchowych, szczególnie tam, gdzie chodzi o słabszych we wspólnocie, chorych, starszych, utrudzonych samymi sobą, jakoś zagubionych. Jest to szerokie i ważne pole dla miłości w czynie. Opcja na rzecz ubogich to nie tylko otwarcie na współczesne obszary ubóstwa materialnego, duchowego, społecznego, to także wrażliwość na potrzeby ludzi, którzy żyją wokół nas, w naszej wspólnocie. Kodeks Prawa Kanonicznego nakazuje przełożonemu, aby „troszczył się o chorych, odwiedzał ich, aby poskramiał niespokojnych, pocieszał małodusznych, był cierpliwy dla wszystkich”[16]. We wspólnocie prawdziwie braterskiej ten obowiązek dotyczy wszystkich, tak aby potrzebujący byli otoczeni troską i sercem współbraci.

 

Budowanie relacji – więzi braterskich

O jakich relacjach i więziach mówimy? Słowo braterstwo odsyła nas do rodziny jako wzoru życia we wspólnocie. Wiemy jednak, że nie o taką, nawet najlepszą, rodzinność w naszym życiu chodzi (choć dobrze, by i ona była). Jak już zostało powiedziane, to Chrystus wybiera nas według swych kryteriów i gromadzi w jedno. Gdybyśmy sami mieli siebie wzajemnie wybierać, trudno przewidzieć, jakie by były rezultaty, ale najprawdopodobniej nasze wspólnoty miałyby krótki żywot. „Niezależnie od tego, w jaki sposób zostaliśmy powołani jako osoby, wcześniej czy później zdajemy sobie sprawę, że nie zostaliśmy powołani w izolacji jeden niezależnie od drugiego, ale że nasze życia musiały się spotkać i że razem realizujemy nasze nadzieje, walki, zmagania w drodze do celu. Działanie Boga wśród ludzi, od ludu błądzącego na pustyni do małej owczarni, wyraża się w sposób uprzywilejowany poprzez grupę, rodzinę, lud. Na tej tradycji opiera się nasza nadzieja życia razem jako bracia. [...] Oto czym jesteśmy: obrazem, zadatkiem, próbą tego, czym będzie życie w domu Ojca. Jesteśmy wezwaniem, przypowieścią, obietnicą. W tej obietnicy jest nasza siła. W najmniejszej nawet wspólnocie, choćby najbardziej krucha była nasza jedność, opieramy się mocno na słowie Boga, wcielamy Jego projekt, jesteśmy pośrednikami Jego działania. Nasza wspólnota jest jak namiot, którym wstrząsają wrogie wiatry na pustyni. Ale pustynią jest Synaj, a w namiocie zamieszkują, dzieci ludu nadziei”[17].

Ten długi cytat z książki znanego współczesnego jezuity wydaje się dobrze określać wewnętrzną dynamikę naszych relacji, które zawsze mają podwójny wymiar: horyzontalny, skierowany ku współbraciom, i wertykalny – skierowany z wnętrza każdego i wspólnie ku Bogu. Nasze wzajemne relacje tworzą się w codziennym zmaganiu, w którym angażujemy nasze ludzkie siły, środki i techniki, ale jednocześnie jesteśmy świadomi, że skuteczność tych wysiłków jest tym większa, im bardziej są one zakorzenione w owym congregavit nos in unum Christi amor, poddane logice krzyża i naznaczone cierpliwością.

Pragniemy, mimo wszystkich naszych ograniczeń, przyjąć brata/siostrę jako dar z wysoka. W powyższym cytacie jest mowa o tym, że z woli Bożej nasze życia „musiały” się spotkać. Nie jest to jednak „skazanie na”, lecz dar otrzymany od Boga, przyjęty z wdzięcznością, a wspólnota – miejscem uprzywilejowanym naszej wspólnej drogi ku pełni życia, ku Bogu. Wewnętrzna praca nad przyjęciem tych, z którymi żyję, jako daru zmienia w zasadniczy sposób nasze patrzenie na innych: podobieństwo i wspólnota drogi jest radością, a nie zmęczeniem monotonią; zróżnicowanie, inność – ubogaceniem, a nie zagrożeniem i źródłem konfliktu; dobro, które dostrzegam w innych, raduje i napełnia satysfakcją, a nie prowadzi do agresywnego współzawodnictwa; autonomia drugiego rodzi szacunek dla potrzeby intymności, ale nie jest okazją do izolacji; szacunek do wolności staje się przestrzenią do dania więcej i miłowania bardziej, a nie okazją do „wyrabiania sobie” przestrzeni niezależności i nietykalności... Pogłębiana w codziennym trudzie braterskość nadaje odpowiedni ton naszemu życiu wspólnemu jako klimat, którym się oddycha: prostota, ciepło i zwyczajność wzajemnych relacji, solidarność, zwłaszcza z tymi, którzy bardziej naszej pomocy potrzebują, cierpliwość wobec „trudnych”, nieszukanie przywilejów i zabezpieczeń dla siebie...

Trzeba się też pogodnie godzić na to, że budowanie prawdziwego braterstwa nie dokonuje się samo przez się, że wymaga serca i wysiłku każdego członka wspólnoty i po prostu jest często przyczyną napięć i konfliktów, które – rozwiązane dobrze – mogą być pozytywne dla wspólnoty.

Budowanie prawidłowych, braterskich relacji jest procesem, który trwa, potrzebuje czasu, cierpliwości, prawdziwego zaangażowania i w zasadzie nigdy się nie kończy. Dobrze byłoby, aby wspólnota o tym pamiętała i aby chciała ciągle na nowo podejmować współodpowiedzialność za ten proces.

Szczególną rolę też ma tu przełożony lokalny, o czym była mowa wyżej, ale sam niewiele zdziała. Mamy też dzisiaj wiele doświadczeń i pomocy pochodzących z nauk o człowieku (wiedza o rozwoju i osobowości człowieka, wiedza o relacjach, potrzebach, wartościach) i z doświadczeń wyspecjalizowanych ośrodków kościelnych (ośrodki duchowości, komunikacji itp.), które mogą pomóc wspólnocie lub konkretnym osobom w prawidłowym kształtowaniu relacji. Nie chodzi tu jednak o to, aby wspólnoty były ośrodkami terapii czy szkołami komunikacji międzyludzkiej, ale by wykorzystując wszelkie dostępne pomoce, nie zapominały, że gleba, z której wyrastają, i droga, którą idą, nie może ograniczyć się tylko do wymiaru horyzontalnego i do technik.

Problem budowania więzi jest sprawą bardzo szeroką, ma swoją wewnętrzną dynamikę i pewne wymagania, o których można by pisać książki (i takie książki powstają ciągle na nowo). Pragnę wspomnieć o niektórych sprawach:

– Wydaje mi się ogromnie ważne, aby w formacji początkowej zarezerwować odpowiednie miejsce dla wychowania do życia w braterskiej wspólnocie. Przede wszystkim potrzebne jest możliwie najpełniejsze rozeznanie, już na poziomie przyjęcia do zgromadzenia, zdolności do życia we wspólnocie (motywacje powołania, pewne podstawowe cechy charakterologiczne, dojrzałość ludzka na poziomie wieku i zdolność do rozwoju, równowaga psychiczna). Skala tych zdolności jest bardzo szeroka, ale dobrze byłoby ograniczyć przypadki, które wyraźnie można odczytać jako zwykłą niezdolność do życia we wspólnocie, do rozumienia jej istoty i odnajdywania się w niej jako osoba odpowiedzialna i twórcza. W dalszej formacji, obok zdrowej i konkretnej teologii i duchowości wspólnoty, ogromnie ważnym elementem formacji jest wychowanie do podejmowania odpowiedzialności za wspólnotę na różnych poziomach, do „uczenia się” jej, do rozumienia, że poziom i klimat naszego życia jest „naprawdę dziełem rąk naszych”, jak pisze o. Cabra, dziełem każdego z nas, i od każdego z nas zależy, a nie tylko od przełożonego czy od innych osób.

– Wydaje mi się ogromnie ważna troska o własne wnętrze:

  • Czystość serca: urazy bowiem, niechęci, podejrzenia rodzą się w sercu i zatruwają nasze myśli i działania; budują klimat podejrzliwości, nieufności, rezerwy.
  • Słowo, by dawało życie, budowało, było narzędziem dialogu, a nie sprawiało cierpienia, raniło, zabijało[18]. Szczególnie niszczącą rolę we wspólnocie odgrywa krytyka, narzekanie, brak dyskrecji, łatwość mówienia źle o innych, brak odpowiedzialności za własne słowo.
  • Czystość spojrzenia, które dostrzega dobro, widzi potrzeby drugiego, umie zaufać, dostrzec piękno, rozeznać właściwie sytuację, znaleźć odpowiednie sposoby pomocy i dania oparcia.

Nasze wspólnoty są w dużej mierze wspólnotami wielopokoleniowymi i mamy nadzieję, że tak zawsze będzie. W obecnych czasach ta wielopokoleniowość łączy się czasem ze zróżnicowaniem sposobów rozumienia i patrzenia na istotę wspólnoty i styl jej życia, wynikającym z różnej formacji i innych doświadczeń. Są wśród nas ci, którzy byli wychowywani przed Soborem, ci, którzy przeszli cały okres posoborowych przemian, a także i ci, dla których doświadczenia dwóch poprzednich grup są już tylko historią. Nie musi to być jednak źródło napięć. Ta wielopokoleniowość dobrze przeżyta jest szansą dla wspólnot, bo stanowi naturalne środowisko przekazywania życia, tradycji, zachowania ciągłości w zgromadzeniu. Daje młodszym świadectwo tego, że duchowy rozwój jest możliwy, że wierność nie jest cnotą nierealną, że życie w klasztorze może być udane. Starszym daje radość patrzenia na rozwój i trwanie zgromadzenia, na to, że ich praca i wysiłki nie idą w zapomnienie, że dzieło żyje i jest kontynuowane. Wszystkim zaś wielopokoleniowość daje okazję i szansę na wymianę darów. Ważnym zadaniem pokoleń starszych jest towarzyszenie młodszym w rozwoju, ojcostwo i macierzyństwo duchowe, praktykowane może nie tyle „fachowo”, ale jako dzielenie się doświadczeniem wiary.

Mówiąc o budowaniu więzi braterskich we wspólnocie, nie sposób nie wspomnieć o osobach trudnych. W jakimś stopniu wszyscy jesteśmy „trudni”. Nie bez racji św. Paweł zachęcał nas do tego, byśmy „wzajemnie swe brzemiona nosili”. Sformułowanie „osoby trudne”, często używane w naszych rozmowach o problemach życia wspólnego, jest jednak bardzo wieloznaczne, i to z wielu powodów. Nasza założycielka mawiała do przełożonych, że osoba trudna jest błogosławieństwem dla wspólnoty i wspólnota, która nie ma takiej, powinna się o nią postarać. Chodziło prawdopodobnie o względy, nazwijmy je, ascetyczne: okazja do umartwienia, przekraczania siebie, ale też i o to, że niekiedy takie osoby mogą kwestionować pewne sprawy we wspólnocie, poruszać, pobudzać do szukania skuteczniejszych rozwiązań, większego zaangażowania itp. Dotyczy to zwłaszcza osób o szczególnej wrażliwości, charyzmatach, otwarciu apostolskim. Jest jednak wiele innych typów osób trudnych: „wizytatorzy” wspólnoty, którzy zawsze widzą błędy i niedociągnięcia w innych i we wspólnocie jako takiej, pozostając sami na pozycji „doskonałych”; wiecznie niezadowoleni i skupieni na swych potrzebach, którym nigdy dosyć zauważenia, rzeczy i docenienia, trochę jak z opowieści o żydzie, który miał pretensję do Mojżesza, że przy przechodzeniu przez Morze Czerwone nabawił się reumatyzmu; „fundatorzy”, którzy wiedzą, jak „zawsze było”, i kwestionują każdą próbę wprowadzenia czegoś nowego; szukający niezależności i przywilejów; „obserwatorzy”, stojący zawsze z boku.

Najtrudniejszym przypadkiem są jednak nasi bracia i siostry, dla których wspólnota jest wyłącznie miejscem zaspokojenia potrzeb bytowych, a życie zakonne – ciężarem.

„Wzajemna komunikacja jest warunkiem wspólnego wzrastania, a głębiej odczuwana potrzeba rozwijania życia braterskiego wspólnoty domaga się szerszej i bardziej intensywnej komunikacji”[19]. Nie chodzi tu o jakąkolwiek komunikację ani o tę, którą znamy dziś z dziedziny socjotechniki, psychologii i informacji, lecz o wejście „w głęboką harmonię ze współbraćmi na wszystkich poziomach”[20]. Także i ten temat komunikacji był tu szeroko omówiony.

Warunkami prawidłowej komunikacji w naszych wspólnotach jest autentyczna troska o jej braterski, a więc ewangeliczny wymiar; o to, abyśmy wzrastali jako osoby i jako wspólnota; abyśmy z poczuciem odpowiedzialności za misję otrzymaną w Kościele dążyli na miarę naszych możliwości i pomimo naszych słabości do stawania się znakiem i świadectwem. Jesteśmy przekonani przecież, że razem możemy szybciej i lepiej. Komunikacji trzeba uczyć się najpierw we własnym wnętrzu, przygotowując je niejako na spotkanie z braćmi, oczyszczając, porządkując „przedpola” i, jak każda praca wewnętrzna, wymaga to systematycznego wysiłku, czasu, cierpliwości i zdolności do podejmowania pracy ciągle na nowo.

W uczeniu się komunikowania z innymi ogromną rolę ma uczenie się słuchania drugiego człowieka, i to nie tylko w tym, co mówi, ale też w tym, co przekazuje niewerbalnie, oraz szacunek dla tego przesłania. Uczenie się prawidłowej komunikacji wymaga też troski o to, by nie prowadziła do monologów i dyskusji, do wyładowania frustracji i manipulacji.

Każde zgromadzenie ma wypracowane pewne formy wspólnotowej komunikacji i dialogu: rady, grupy robocze, kapituły domowe, rady poszerzone, spotkania wspólnotowe o różnym charakterze. Zebraliśmy na tym polu wiele cennych doświadczeń i nadal trzeba je zbierać. „Aby stać się braćmi i siostrami, trzeba się najpierw poznać, wydaje się zaś, że bardzo ważnym czynnikiem wzajemnego poznania jest zdolność komunikowania się w coraz szerszej i głębszej formie. [...] Szeroka i celowo inspirowana komunikacja na różnych poziomach, której formy odpowiadają charakterowi danego instytutu, przyczynia się zwykle do zacieśnienia wzajemnych więzi, ożywia poczucie przynależności do jednej rodziny i uczestnictwa w sprawach całego zgromadzenia, uwrażliwia na problemy ogólne, skupia osoby konsekrowane wokół wspólnego posłannictwa”[21].

Obok form komunikacji, o których była mowa, wypracowanych i sprawdzonych w poszczególnych instytutach, pragnę zwrócić uwagę na rolę w budowaniu więzi tych spotkań, które służą dzieleniu się doświadczeniem wiary (komentarze liturgiczne, wspólna lectio divina, koła biblijne i dyskusyjne) i wspólną refleksją nad sprawami zgromadzenia. Dają one bowiem możliwość spotkania się i poznania w najważniejszych wymiarach naszego życia. Wydają mi się też bardzo ważne spotkania nieformalne (rekreacje przygotowane i spontaniczne, wspólny spacer, spotkanie przy stole).

 

Wspólnota w drodze

Rozpoczęłam moje wystąpienie od podkreślenia roli, jaką pełni w naszej świadomości ideał wspólnoty doskonalej, będący wizją, światłem, które ukazuje cel i oświetla drogę. Pielęgnując w sercu ten ideał, trzeba jednak pokochać wspólnotę rzeczywistą, taką, jaka jest. „Marzenia o idealnej wspólnocie są pierwszym wrogiem rzeczywistej wspólnoty i – jak pisze D. Bonhoeffer – kto kocha własny ideał wspólnoty chrześcijańskiej bardziej niż samą wspólnotę chrześcijańską, zniszczy każdą komunię chrześcijańską”[22]. Sen o idealnej wspólnocie bez zdrowego realizmu może prowadzić do odrzucenia współbraci w imię ideału, ponieważ nie dorastają do niego. Wrogiem wspólnoty jest też postawa zniechęcenia, pesymizmu, lęku, że prawdziwa jedność jest nie do osiągnięcia. Rodzi ona czasem cynizm, który wyraża się w ironii i braku wiary w sens każdego podjętego wysiłku, aby było lepiej, wobec każdej propozycji i wszelkich prób szukania jedności. „Już wszystkiego próbowaliśmy, nic z tego nie wyszło, nie ma sensu zaczynać od nowa”. Potrzebne jest spojrzenie realne, pogodne i świadome zarówno wielkich celów, jak i naszych ludzkich ograniczeń. Większe szanse na rozwój w drodze ku jedności serc i dusz ma ta wspólnota, która jest świadoma własnych ograniczeń i trudności, umie je przyjąć, wyciąga wnioski z porażek i frustracji, patrzy z realizmem na możliwości każdego, jest mądrze wyrozumiała wobec błędów i upadków, cierpliwie znosi różne fazy dojrzewania swych członków, zaczyna ciągle na nowo i szuka coraz skuteczniejszych form porozumienia, postępowania na drodze ku komunii celów, myśli, życia.

Takie spojrzenie na wspólnotę oznacza także zgodę na to, że napięcia i konflikty są nieuniknione. Jesteśmy wspólnotą ludzi w drodze do świętości, ale nie już świętych. Niesiemy swą ludzką ograniczoność, braki, grzeszność. Te nasze ograniczenia owocują zaburzeniem, a czasem wręcz zerwaniem relacji. Zamykamy się wtedy w sobie, pochylamy nad naszymi cierpieniami i pretensjami. Czasem, świadomie czy nieświadomie, manipulujemy relacjami tak, aby służyły nam samym, naszym interesom, naszym potrzebom. Nasze ograniczenia mają źródła w naszej osobowości od strony duchowej, psychologicznej, społecznej, czasem fizycznej. Niekiedy jesteśmy za nie odpowiedzialni (choćby w części – wtedy, gdy nie podejmujemy walki o przemianę), a czasem są one od nas po prostu niezależne, np. w ciężkiej chorobie lub w dolegliwościach związanych z wiekiem.

Trzeba to wszystko przyjąć i nad tym wspólnie pracować, aby stało się czymś pozytywnym, budującym wspólnotę, a nie niszczącym ją od środka. Pragnę tu zacytować fragment książki A. Cenciniego, który pisze: „Fundamentalnym elementem [życia we wspólnocie] jest porzucenie iluzji osobistej doskonałości [...], która dzieli, która ma siłę rozdzielania nas: każdy ze swym snem narcystycznym, który bierze za dążenie do doskonałości, a więc w sposób nieuchronny stawiając się jeden przeciw drugiemu, przeciw słabości drugiego. Świętość jest prawdziwa tylko wtedy, gdy bierze na siebie słabość, wtedy gdy ją przyjmuje i odkrywa w niej okazję do dobra i przemienia ją. W podobny sposób we wspólnocie można żyć tylko wśród osób, które znają własne słabości i nauczyły się pojednania z nimi, ponieważ wiedzą, że wychodząc z własnej słabości można na nowo doświadczyć mocy miłosierdzia Bożego, i to wszyscy razem tego samego miłosierdzia”[23].

Ogromnie ważne miejsce w „drodze ku” ma we wspólnocie pojednanie i przebaczenie: w swym wymiarze międzyosobowym – „niech słońce nie zachodzi nad waszym zagniewaniem”, „jeśli twój brat ma coś przeciw tobie” – ale też bardziej jeszcze (ponieważ jest to trudniejsze) w wymiarze wspólnotowym. Mamy wypracowane w naszych wspólnotach formy wspólnotowego pojednania i przebaczenia (rewizje życia). Szukamy nowych, świadomi, że są one nośnikami prawdziwie chrześcijańskiego poszukiwania więzi autentycznej miłości i narzędziem odbudowywania komunii we wspólnocie i między osobami, bez której nie ma komunii z Bogiem (por. 1 J 4, 20).

Ostatnia uwaga w tej części o dojrzewaniu wspólnoty do efektywnej i afektywnej komunii dotyczy korekcji braterskiej, upomnienia, przypomnienia, pomocy bratu/siostrze przez słowo, gest i zachętę do zmiany. Tradycja życia konsekrowanego, idąc za wskazaniami Pisma, miała w tym względzie wypracowane formy: nauki przełożonych, przypominające o wymaganiach naszego życia i zwracające uwagę na zaniedbania, rewizje życia, odnoszące się do problemów wspólnoty, a także odwaga zwrócenia uwagi współbratu, a z jego strony – gotowość do przyjęcia jej. Oczywiście, takie braterskie upomnienie musi spełnić pewne warunki, aby było pomocą, a nie ranieniem drugiego; powinno być prawdziwie poszukiwaniem autentycznego dobra drugiego i wspólnoty (a nie próbą kreowania go według własnych koncepcji) i być przejrzyste w tym poszukiwaniu przez formę i klimat upomnienia. Właściwie rozumiane i stosowane z szacunkiem i miłością, jest wielką pomocą w nawiązywaniu głębszych więzi i budowaniu komunii.

 

Wspólnota w służbie misji

Wspominany już tutaj kilkakrotnie dokument Congregavit nos in unum... mówi, że „element życia zakonnego, który sprawia, że ma ono udział w misji Chrystusa, to życie braterskie we wspólnocie dla misji. Jest ono tym bardziej apostolskie, im bardziej oddane Chrystusowi, im gorliwiej zaangażowane w spełnianie misji danego instytutu i im bardziej przepojone duchem braterstwa”.

 

Braterstwo staje się samo w sobie znakiem i misją. Ta misyjność wyraża się nie tyle przez to, co sami o sobie mówimy, ale przez to, na ile nasze wspólnoty są znakiem[24]:

  • nowości chrześcijańskiej, mówiącej o tym, że „braterstwo chrześcijańskie jest możliwe ze względu na przekształcającą moc Dobrej Nowiny”;
  • uczniów Chrystusa, do których odnoszą się słowa: „po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi” (J 13, 35); życie braterskie staje się przypowieścią o nauce i stylu życia Jezusa, a samo braterstwo – znakiem przynależności do Chrystusa;
  • posłania Jezusa przez Ojca (Congregavit..., s. 54): „by oni stanowili jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty mnie posłał” (J 17, 21);
  • rzeczywistości Kościoła jako znaku i narzędzia jedności człowieka z Bogiem i ludzi między sobą; rola wspólnot zakonnych jako signum in Ecclesia i signum Ecclesiae;
  • ludzkiej rodziny Jezusa; zgromadzeni przez miłość Chrystusa (ubi caritas et amor);
  • Trójcy Świętej – „odblaskiem Trójcy w historii. Jeśli Bóg jest komunią Osób, to formą życia, która najlepiej wyraża tę rzeczywistość, jest życie we wspólnocie braterskiej” (por. VC);
  • wspólnoty eschatologicznej jako zapowiedź pełnej szczęścia wspólnoty z Ojcem, Synem, Duchem Świętym; z rzeszą świętych, ze wspólnotą zbawionych, z „całą ogromną ludzkością wszystkich czasów”. W tej perspektywie nasze wspólnoty w drodze do braterskiej komunii są „promykami światła, zapowiadającymi słoneczną jasność, czyli pełną radości i szczęścia wspólnotę braterską czasów ostatecznych”[25].

 

Patrzcie, jak oni się miłują...

Te słowa zachowują także i dziś wielką siłę przyciągania, niepokojenia (kim oni są? dlaczego się im to udaje?), wielką moc ewangelizacyjną. Są jednocześnie najważniejszą drogą przemiany. Dlatego o naszym życiu braterskim we wspólnocie mówi się, że jest centralnym punktem całej odnowy życia konsekrowanego. Jest to szczególne wezwanie i szansa dana nam dziś i tutaj, w rzeczywistości, w jakiej żyjemy, i razem z całym Kościołem, dokonującym refleksji nad sobą, aby być w sposób bardziej czytelny i przejrzysty tajemnicą komunii i świętości. Może dla wielu z naszych wspólnot jest to też sprawa „być albo nie być”, życia albo obumierania. Zamiast jednak martwić się o przyszłość, lękać się lub przymierzać do innych charyzmatów, bądź też szukać „cudownego leku” na nasze choroby, lepiej wrócić do korzeni, do fundamentów, do Tego, który jest Miłością.

A ci, którzy uwierzyli w Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego wiarą żywą, przemieniającą,

trwali w nauce Apostołów, miłując Kościół, przyjmując wiarę w jej integralności, posłuszni i wierni,

trwali w modlitwie z Maryją, świadomi, że w modlitwie spotykają Umiłowanego nade wszystko i pod opieką Jego Matki i za Jej przykładem mogą Go nieść innym,

trwali w łamaniu chleba, w Eucharystii, w Sakramencie miłości i jedności z Bogiem i między sobą,

a wszystko mieli wspólne i nikt nie cierpiał niedostatku.

Ta moc świadectwa miłości i jedności była tak czytelna, tak silna, tak pociągająca, że Pan przymnażał codziennie...

W tym tkwi, jak sądzę, rozwiązanie problemów skuteczności apostolskiej naszych działań, a także odpowiedź na problem powołań.

 


[1] Opublikowane w: Communio consecrata, pod red. ks. Kazimierza Wójtowicza CR, Wydawnictwo Zmartwychwstańców „Alleluja” (Kraków 2002).

[2] Tłumaczenie ekumeniczne Biblii np. w jęz. włoskim. I. Gargano w Lectio divina negli Atti degli Apostoli podaje różne możliwe tłumaczenia słowa koinonia: jedność braterska, wspólnota, komunia, być razem, być równymi (w sensie równouprawnienia) we wspólnocie. Daje to dobre światło na istotę braterskości wspólnot życia konsekrowanego.

[3] Św. Cyprian (za VC, 41).

[4] Rz 5, 5.

[5] Łk 18, 28.

[6] Dz 1, 14; 2, 42s; 4, 32s.

[7] Por. I. Gargano, Lectio divina sugli Atti degli Apostoli, s. 116 i n.

[8] Por. Lineamenta dla X Synodu Biskupów, s. 92.

[9] Por. np. Vita consecrata 41, 42, 45, 46.

[10] KPK, kan. 619.

[11] KPK, kan. 618.

[12] Por. Congregavit nos in unum...

[13] Por. KPK, kan. 619.

[14] Por. VC.

[15] Czasem, gdy np. siostry uczestniczą we Mszy św. parafialnej, ludzie oceniają stopień więzi i jedności we wspólnocie po tym, czy siedzą blisko siebie, czy każda w swym kącie. Czy mają rację?

[16] KPK kan. 619.

[17] Carlos G. Valles, La comunita croce e delicia, s. 12, Paoline 1995.

[18] Św. Bernard mówił, że kto narzeka i obmawia, popełnia potrójne zabójstwo: zabija brata, wobec którego oczernia drugiego; zabija tego, kogo oczernia; i zabija siebie, ponieważ odbierając bratu prawo do dobrego imienia, odbiera je jednocześnie sobie.

[19] Congregavit nos in unum..., s. 29.

[20] O. P. G. Cabra, Życie braterskie, s. 76, Wyd. Alleluja, 2000.

[21] Congregavit nos in unum..., s. 29, 30.

[22] C. G. Valles, dz. cyt., s. 7, cytat z D. Bonhoeffera; autor cytuje też fragment książki Sołżenicyna, którego bohater „tak bardzo kochał i szanował ludzkość, że nienawidził z zaciętością każdego, kto odbiegał od tego ideału”.

[23] A. Cencini, ... come rugiada dell’ Ermon..., Paoline 1998, s. 183.

[24] Por. P. G. Cabra, Życie braterskie, Wyd. Alleluja, 2000.

[25] Tamże.

Czytany 2010 razy Ostatnio zmieniany środa, 10 luty 2016 19:39